niedziela, 31 lipca 2011
Cielito del café, chapter 1
Na pewno jest filiżanka na tym stoliku. Pusta filiżanka. Po kawie, a jakże, bo cóż innego można pić w szary poranek w kawiarence zawieszonej gdzieś ponad dachami Rzymu? Paryża? Londynu? Mocne espresso, a do tego naparstek wody. Audrey Hepburn w mojej wyobraźni tak właśnie zaczyna jeden ze swoich dni, wyjątkowych tylko dlatego, że w pobliżu był człowiek z aparatem.
Tak, to jest temat szeroki jak niebo - Cielito del café, cielito lindo* - zapisał w "Grze w klasy" Cortázar. Dlatego pewnie piszę sobie dopiero pierwszy rozdział kawowych refleksji. Książek o kawie wydrukowano całe regały, a parujące filiżanki obfotografowano w tysiącach lśniących albumów. Bach napisał kantatę "Schweigt stille, plaudert nicht" z pięknym libretto Christiana Friedricha Henriciego, w którym jak perła tkwi wers: Jeśli nie mógłbym napić się misy kawy trzy razy dziennie, wtedy w swej udręce, uschnąłbym jak kawałek pieczeni. Jarmusch oddał jej hołd filmem: Kawa i papierosy to dopiero jest połączenie:) Jest zatem kawa opisana na wszelkie sposoby, ale...
...ale mnie chodzi o początek. Kawa jest początkiem. Początkiem dnia choćby. Gdy w filmie zaczyna się dzień, tylko czekam na moment, gdy bohaterowie wkraczają do kuchni i ktoś nastawia ekspres lub maszynkę do kawy. A potem wypełniają kawą duże kolorowe kubki i podchodzą do okna. Z kawą kontemplacja tego, co za oknem - choćby był to widok na śmietnik lub mur - może być prawdziwą przyjemnością. Inny scenariusz poranka jest wykroczeniem niemal tak dużym jak pozostawienie pustego dzbanka i nieprzygotowanie kolejnej porcji kawy. Dezorganizuje plan dnia, wybija z rytmu. Tych obrazów filmowych mam w głowie sporo - ale pamiętam szczególnie tę Mayę z "Bezdroży", która po nocy spędzonej Milesem z takim spokojem pije z dużego kubka świeżo zaparzoną kawę i patrzy z ufnością przez okno swojego mieszkania - jakby ten prosty gest idealnie wpisywał tego mężczyznę w jej życie. Kawa akceptuje - ktoś, komu z przyjemnością robi się kawę (nie tylko rano:), wchodzi do naszego świata, jest swój.
Ile kłótni zażegnano klasycznym: "Może pójdziemy na kawę? Tu blisko jest miła kawiarnia..."! Kiedy stawiają przed człowiekiem filiżankę dobrze zaparzonej kawy, ochota do bójki - choćby słownej - rozwiewa się jak dym.
A ile ciekawych rozmów się wtedy rozpoczęło? Kawa przygotowuje grunt pod poważną rozmowę, łagodzi waśnie i pozwala bez wyrzutów sumienia rozpocząć wszystko od nowa. Nawet nie trzeba do tego neutralnego gruntu kawiarni, która zatrzymuje świat i czas na krótką chwilę, wystarczy kawałek czystego stołu i dwa kubki. To pewnie ten aromat, w którym jest intensywność obietnicy, trochę nadziei i antidotum na strach...
A może coś jeszcze...
O świcie po krótkim sądzie wojennym rozstrzelano Arcadia pod murem cmentarza. Przez dwie ostatnie godziny swego życia na próżno starał się zrozumieć, dlaczego zniknął strach dręczący go od dzieciństwa. [...] Myślał o Urszuli, która w tej godzinie na pewno popijała kawę pod kasztanem z Josem Arcadiem Buendią. [Marquez, Sto lat samotności] A więc stałość. Herbatę można pić o każdej porze. Kawa ma swoje godziny i choć są tacy, którzy piją ją cały dzień, dolewając sobie bez przerwy, to jednak niemal w ciemno obstawiać można pory, w których na pewno się ją pije. Takie mocne zaczepienie w rzeczywistości przynosi spokój, poczucie harmonii i aromatycznej stałości.
Nic złego się nie może zdarzyć, jeśli w kuchni jest pełna puszka kawy, a nawet jeśli, to kawa pomaga się z tym uporać. To moja domowa filozofia życiowa.
W ostateczności można też udawać, że kawa to szampan: Jarmusch by nas pozdrowił:)
*Kawiarniane niebo, piękne niebo
piątek, 29 lipca 2011
Babula Cebula
Babka nie nosiła jednej tylko spódnicy, nosiła ich cztery, jedną na drugiej. Nie znaczy to wcale, że ubierała się w jedną wierzchnią spódnicę i trzy halki; ubierała się w cztery tak zwane wierzchnie spódnice, jedna miała na sobie następną, ona zaś nosiła wszystkie cztery według systemu, który co dzień zmieniał ich kolejność. Co wczoraj było na wierzchu, dzisiaj znajdowało się pod spodem; druga spódnica stawała się trzecią. Ta, co jeszcze wczoraj była trzecia, dzisiaj przylegała do skóry. [Grass, Blaszany bębenek] Że też ta babka nie nazywała się Cebula lub Zwiebel - przylegałoby do niej to nazwisko jak kolejna warstwa spódnicowego materiału! Dzieckiem będąc, marzyłam o takiej spódnicy, która składałaby się z miliona cienkich warstw w kolorze łososia lub pomarańczy. Cienkich jak skrzydła ważki, ale w takiej ilości, że jest się zupełnie ubranym, otulonym, bezpiecznym. Nie przypominam sobie jednak, bym później sprawiła sobie taką spódnicę - gust mi się zmienił, a może wyparłam tę potrzebę ze świadomości? A z podświadomości wypływa niezaspokojona wciąż żądza rozbierania cebuli... Do warstwy i łzy ostatniej!
Lubię cebulę klasyczną, w łupinie brązowawo-rdzawo-żółtej. Tylko ta ma ten niepodważalny, ostry zapach, który wypędza wszystkie - nawet te, oszczędzane na czarną godzinę - łzy. Lubię ją odzierać z odzienia po jednej warstwie i przyglądać się, czy już widać tę opisaną przez Noblistkę "cebulastą cebuliczność". Skądże znowu: [...] spódnice mojej babki cechowała ekstrawagancka rozrzutność w szafowaniu materiałem. Zaokrąglały się bufiasto, wzdymały się, gdy nadciągał wiatr, wiotczały, gdy ustawał, trzepotały, gdy przemykał obok i całą czwórką powiewały przed babką, gdy dmuchał jej w plecy. Często bowiem docieram do samego środka, a cebuliczność chowa się przede mną i gra mi na nosie coraz ostrzejszym zapachem. Więc nie pozostaje mi nic innego jak - przez łzy - ją posiekać.
I mocno potem w zemście przysmażam na złoto. I zjadam z kiełbaską:) Albo dodaję rodzynki i wino, by obłożyć nią śledzia. Bo czyż nie jest naturalną zemsta poniżenia, gdy ktoś odmawia nam odsłonięcia swojej tajemnicy? Gdy wzbrania się i osłania wciąż nowymi maskami? Topię cebulę w zupie cebulowej i potem zapiekam pod serem. Albo nadziewam na patyk i opiekam na ogniu, by schrupać ją przy kontemplowaniu wyrazistego październikowego krajobrazu... Są i inne metody - na surowo do pomidora, otoczyć panierką i na gorący tłuszcz, wycisnąć i mięso w niej zamarynować. Są drogi indywidualne i sposoby maltretowania cebuli, które zna cały świat. Konfitura z cebuli i cebulowy syrop na kaszel. Złote talarki z piekarnika. Cebulowy sos. Cebulowa bulwa zatopiona niczym mucha w tłustym rosole...
Całe szczęście, że o cebuli nie trzeba marzyć, że - choć tajemnicza - jest zawsze na długość ręki, na zagonie tuż za domem, wystarczy pociągnąć za szczypiorowaty ogon... A zimą! Zimą przyjemnością jest samo zanurzenie ręki w worku z drobnymi, szeleszczącymi cebulkami, które jak zegar (niektórzy jeszcze nazywają cebulami zegarki na rękę:) odmierzają czas do wiosny. Byle ich wystarczyło na codzienne cebulowe cebularzenie...
wtorek, 19 lipca 2011
Jabłko classic
Co tam podjadasz, dziewczynko z obrazu Godfrieda Schalckena? Czyżby jabłko? Jabłuszko?
Jabłko wieczorem, przy lampie, przy świecy, obierane delikatnie ostrym nożykiem to najpyszniejszy ze wszystkich deserów. Szczególnie mroźną zimą, kiedy istnieje tylko pamięć o świeżych, jędrnych owocach. Kiedy pomarszczona skórka szarej renety przywodzi obrazy obsypanego jabłkami drzewa, a smak długo w noc nie pozwala zasnąć...
Więc jabłko będzie mistyczne, kiedy smakuję w nim lato i śniegi, i dzikie falowanie ziemi, i upór słońca (D.H. Lawrence, Mistyk, Tłum. Czesław Miłosz).
Jabłko bez wątpienia ma smak świata, w jego wnętrzu mieszczą się one wszystkie bez wyjątku. Deszcze i susze, piasek, ciężkie chmury nad lasem... Ale i ściółka, drobiny igliwia, mszyce i motyle. Na pewno te wszystkie rzeczy znajduję w dobrym jabłku, choć niektóre jabłka, wodniste i kwaśne, mają smak wody, a inne, gorzkawo-słodkie, mają za wiele słońca, jak woda laguny zanadto zagrzana. (D.H. Lawrence) Niepokoję się o jabłka ostatnio. Nie ma ich zbyt wiele i stają się powoli luksusem, na który coraz trudniej sobie pozwolić.
I wszystkie zaczynają smakować podobnie, mimo że inaczej się nazywają.
Na kamiennym ogrodzeniu od kilku dni leży jabłko. mieszkają w nim osy. Trochę zazdroszczę.
Znałam kiedyś baśń o zatrutym jabłku, ale taką w wersji życiowej, w której nie było Królewny Śnieżki, a może inaczej - było w niej ich kilka, a wszystkie chciały być najważniejsze. Każda chciała mieć i królestwo, i urodę, i księcia. Więc podrzucały sobie nawzajem zatrute jabłka pod pozorem dbania o siebie nawzajem, bo jabłko przecież jest zdrowe i zawiera wszystkie składniki niezbędne urodzie królewskiej. Trwało to kilka dobrych lat, niektóre panny rezygnowały same, inne do tego zmuszono, a jeszcze inne skupiły swoją uwagę na czymś łatwiejszym do zdobycia. Na placu boju zostały tylko dwie, piękne i bardzo zdeterminowane kobiety. Obie widziały się na tronie obok niezwykle przystojnego księcia, bogatego jak arabski szejk, który dzięki swojej przenikliwości mógł stać się panem świata - gdyby chciał. Ale on przyjrzał się konkurentkom wnikliwie, powąchał ich włosy i dłonie i rzekł: - Jak ja nie lubię jabłek, ten octowy aromat zniechęca mnie zupełnie...
Trudno uwierzyć, że jabłek można nie lubić. Niewyobrażalny jest świat bez kosza antonówek i delikatesów. Ciekawe, co przynosiłby Polifem swojej Galatei, bo przecież gruszka jest zbyt oczywista:) Wielkie Jabłko NYC nazywałoby się może Wielką Śliwką, a jeże nosiłyby na kolcach orzechy i jarzębinę. I nie znałabym tych pięknych nazw, których uczono mnie w dzieciństwie: koksa, czempion, kosztela. Niewyobrażalny jest świat bez musu jabłkowego i świecącej przypalanej nad ogniskiem skórki.Teraz! Tak, to teraz! Przez szpakowatą zieleń liści, przez opadłe płatki białych kwiatów o różowych obrzeżach, przez zachodzące w słodką czerwień jabłka, przez ich gorzkawe pestki (Zbigniew Machej) płynie cała woda świata i zatrzymuje się w owocach, bo dalej płynąć może już tylko przez niestrudzony, wciąż spragniony jabłek żołądek człowieka:)
czwartek, 14 lipca 2011
Be zet pe
Buła z pomidorem.
Papier śniadaniowy trzeba rozerwać wzdłuż perforacji pośrodku i ułożyć śliską stroną na wierzch. Na tym układało się kanapkę. Zawijało się niemal jak prezent i albo w worku foliowym, albo bez wkładało do tornistra. Podręcznik matematyki kolegi R., z którym siedziałam w ławce, pachniał zazwyczaj kiełbasą z czosnkiem - takiej chyba już się teraz nie da kupić. U mnie była mielonka ze słoika albo dżem truskawkowy, czasem ser z ogórkiem, salceson od wielkiego dzwonu, tuż po świniobiciu u dziadka. Jabłko wycierałam w nylonowy fartuch. Nie wiedziałam, jak smakuje banan, a na brzoskwinię patrzyłam jak na pierścionek z czerwonym oczkiem - z otwartymi ustami.
Była w mieście powiatowym restauracja "Warszawianka" - była, bo teraz na jej miejscu jest sklep z majtkami.
I tam kiedyś rodzice kupili mi kanapkę. To była kajzerka z pomidorem, z krążkiem cebuli i sporą ilością pieprzu. Dziś, choćbym się starała, nie umiem odtworzyć tego smaku. Czy byłam wtedy tak głodna, że tworzę teraz poezję buło-pomidorową? Czy kanapka w restauracji to było coś aż tak wyjątkowego? Pewnie jedno i drugie - dlatego dziś be zet pe to dla mnie kwintesencja śniadania.
Śniadanie! o! dobra rzecz śniadanie! Z rana, przy kawie, tylko troszkę sucharków zjadłem! Żeby to panna Marta tego syrka dała z kminkiem i szyneczki..., bo bifsztyk u nas robią nie te... (Orzeszkowa, Nad Niemnem). Drżą ręce przed śniadaniem. Co wybrać - na słodko, a może wytrawnie? Miód, orzechy, mleko, a może ostra jajecznica z papryką? Żołądek szaleje, chciałby wszystko naraz, głód po nocy bywa aż bolesny, dokuczliwy, ale i wybredny. Czasami myślę, że same możliwości śniadaniowe już zaspokajają mój głód, a nawet bywam rozczarowana śniadaniem, które nie spełniło moich wyobrażeń porannych, gdy ledwo co rozbudzona, leżąc z łóżku, wyobrażam sobie, co dziś zjem...
Jola zabrała go do jadalni, gdzie jadła drugie śniadanie, składające się z chleba, masła i długich zielonych ogórków, które zręcznie obierała srebrnym nożykiem i krajała na blade plasterki. Jadła żwawo i dużo, tak samo mówiła. Trochę raziło to Wiktora, że nie zdradzała najmniejszego zażenowania, że się nawet niespecjalnie wdzięczyła do niego, lecz okazywała towarzyską uprzejmość i obojętność. Słońce zjawiało się za chmurami od czasu do czasu i oświetlało porywiście stołowy pokój, biały jej strój i srebrny nożyk, którym operowała. (Iwaszkiewicz, Panny z Wilka)
No właśnie - letnie śniadania to epopeja. Jedzone na trawie, na skrawku ławki. Na wyblakłym obrusie. Szczypior i sałata. Pomiędzy nimi muchy i biedronki, chętne do biesiadowania. Ważki piją kefir, mrówki kradną cukier z cukiernicy. Rzodkiewki, młode marchewki, zimne mleko i kawa, od której jaskółkom kręci się w głowie. Szum dębów i pokrzykiwanie żurawi. Lato jest ewidentnie porą śniadaniową...
Z czym masz dziś bułkę? Może się zamienimy?
Papier śniadaniowy trzeba rozerwać wzdłuż perforacji pośrodku i ułożyć śliską stroną na wierzch. Na tym układało się kanapkę. Zawijało się niemal jak prezent i albo w worku foliowym, albo bez wkładało do tornistra. Podręcznik matematyki kolegi R., z którym siedziałam w ławce, pachniał zazwyczaj kiełbasą z czosnkiem - takiej chyba już się teraz nie da kupić. U mnie była mielonka ze słoika albo dżem truskawkowy, czasem ser z ogórkiem, salceson od wielkiego dzwonu, tuż po świniobiciu u dziadka. Jabłko wycierałam w nylonowy fartuch. Nie wiedziałam, jak smakuje banan, a na brzoskwinię patrzyłam jak na pierścionek z czerwonym oczkiem - z otwartymi ustami.
Była w mieście powiatowym restauracja "Warszawianka" - była, bo teraz na jej miejscu jest sklep z majtkami.
I tam kiedyś rodzice kupili mi kanapkę. To była kajzerka z pomidorem, z krążkiem cebuli i sporą ilością pieprzu. Dziś, choćbym się starała, nie umiem odtworzyć tego smaku. Czy byłam wtedy tak głodna, że tworzę teraz poezję buło-pomidorową? Czy kanapka w restauracji to było coś aż tak wyjątkowego? Pewnie jedno i drugie - dlatego dziś be zet pe to dla mnie kwintesencja śniadania.
Śniadanie! o! dobra rzecz śniadanie! Z rana, przy kawie, tylko troszkę sucharków zjadłem! Żeby to panna Marta tego syrka dała z kminkiem i szyneczki..., bo bifsztyk u nas robią nie te... (Orzeszkowa, Nad Niemnem). Drżą ręce przed śniadaniem. Co wybrać - na słodko, a może wytrawnie? Miód, orzechy, mleko, a może ostra jajecznica z papryką? Żołądek szaleje, chciałby wszystko naraz, głód po nocy bywa aż bolesny, dokuczliwy, ale i wybredny. Czasami myślę, że same możliwości śniadaniowe już zaspokajają mój głód, a nawet bywam rozczarowana śniadaniem, które nie spełniło moich wyobrażeń porannych, gdy ledwo co rozbudzona, leżąc z łóżku, wyobrażam sobie, co dziś zjem...
Jola zabrała go do jadalni, gdzie jadła drugie śniadanie, składające się z chleba, masła i długich zielonych ogórków, które zręcznie obierała srebrnym nożykiem i krajała na blade plasterki. Jadła żwawo i dużo, tak samo mówiła. Trochę raziło to Wiktora, że nie zdradzała najmniejszego zażenowania, że się nawet niespecjalnie wdzięczyła do niego, lecz okazywała towarzyską uprzejmość i obojętność. Słońce zjawiało się za chmurami od czasu do czasu i oświetlało porywiście stołowy pokój, biały jej strój i srebrny nożyk, którym operowała. (Iwaszkiewicz, Panny z Wilka)
No właśnie - letnie śniadania to epopeja. Jedzone na trawie, na skrawku ławki. Na wyblakłym obrusie. Szczypior i sałata. Pomiędzy nimi muchy i biedronki, chętne do biesiadowania. Ważki piją kefir, mrówki kradną cukier z cukiernicy. Rzodkiewki, młode marchewki, zimne mleko i kawa, od której jaskółkom kręci się w głowie. Szum dębów i pokrzykiwanie żurawi. Lato jest ewidentnie porą śniadaniową...
Z czym masz dziś bułkę? Może się zamienimy?
wtorek, 12 lipca 2011
Milk
Emilia przyniosła na zielonej tacy gorącą kawę, parujące mleko, jajka ugotowane na miękko, smaczny chleb i sucharki oraz świezutkie masło, Henry usiadł przy lakierowanym stoliku stojącym obok kominka. Powiedział tylko, że tęskni za bistrem na rogu, cynkowym kontuarem, zielonkawą lurowatą kawą i mlekiem pełnym kożuchów (Anaïs Nin, Henry i June)
Parujące mleko.
Lubię blogi kulinarne. Nie są moją inspiracją, ale czytam je, bo dają mi taką przyjemność, jak zaglądanie przez dziurę w płocie do zaczarowanego ogrodu. Cieszy mnie, że kobiety tak pięknie karczują dla siebie fragment życiowej dżungli. Pieką chleby, nastawiają zakwasy na żur, formują zgrabne bułeczki z makiem i suszonymi pomidorami, odpierając atak wysokoprzetworzonej rzeczywistości. Dziergają serwetki, na których potem prezentują miski z pysznym makaronem z sosem własnego przepisu, pachnącym curry i kolendrą. Czuję się o niebo lepiej po zjedzeniu oczami fotografii i tekstu... I głodna, oczywiście, to się samo przez się rozumie. Tak głodna, by zagotować mleko.
W rondelku.
Rondelek aluminiowy, przypalony ze wszystkich stron ostrym ogniem kuchni kaflowej - jego rączka parzyła w ręce, więc trzeba go było chwytać przez ścierkę. Można było próbować odsuwać kożuchy na wierzchu dmuchaniem, ale to nie zawsze pomagało. Dziadyga-terrorysta, u którego pomieszkiwała na stancji, zawsze rozdrabniał bułkę, wkruszał ją do gorącego mleka i zostawiał na chwilę, by w talerzu zrobiła się bezkształtna masa, którą jadł aluminiową łyżką ciamkając i cmokając dookoła. Ona zazwyczaj zalewała mlekiem garść ryżu, który został z dnia poprzedniego, a potem dosypywała szczyptę cynamonu ze skromnych zapasów, przywiezionych kiedyś z wycieczki do Niemiec. Dziadyga wciągał wtedy ten zapach do swoich wielkich nozdrzy i wykrzywiał twarz w grymasie niezrozumienia i obrzydzenia. Potem podchodził do kuchni i z rondelka wysiorbywał resztkę mleka. - Tylko dobrze garnek wyszoruj - sapał i wychodził.
Wykarmiona jestem mlekiem. Naleśnikami, twarogiem ze śmietaną lub odrobiną mleka, zimną, niemal oszronioną szklanką mleka, nalewaną ze schłodzonej butelki ze srebrnym kapslem. Śmietaną na gofrach, bitą ręcznym mikserem, zupą mleczną z kolankami, koktajlem truskawkowym... Patrzyłem z zachwytem, jak ładnie ujmuje w palce bladoszarą filiżankę i odlewa trochę śmietany z dzbanuszka, jak wydyma usta ostrożnie dmuchając na mleko, wzbierające w niebieskim garnku... (Stefan Chwin, Hanemann).
Ale kiedy nauczyłam się pić mleko z kożuchami? Trudno stwierdzić jednoznacznie. Zdaje się, że stanęłam po prostu w dzieciństwie do konkursu z kolegami z podwórka, kto da radę. I pewnie mi posmakowało...
Parujące mleko.
Lubię blogi kulinarne. Nie są moją inspiracją, ale czytam je, bo dają mi taką przyjemność, jak zaglądanie przez dziurę w płocie do zaczarowanego ogrodu. Cieszy mnie, że kobiety tak pięknie karczują dla siebie fragment życiowej dżungli. Pieką chleby, nastawiają zakwasy na żur, formują zgrabne bułeczki z makiem i suszonymi pomidorami, odpierając atak wysokoprzetworzonej rzeczywistości. Dziergają serwetki, na których potem prezentują miski z pysznym makaronem z sosem własnego przepisu, pachnącym curry i kolendrą. Czuję się o niebo lepiej po zjedzeniu oczami fotografii i tekstu... I głodna, oczywiście, to się samo przez się rozumie. Tak głodna, by zagotować mleko.
W rondelku.
Rondelek aluminiowy, przypalony ze wszystkich stron ostrym ogniem kuchni kaflowej - jego rączka parzyła w ręce, więc trzeba go było chwytać przez ścierkę. Można było próbować odsuwać kożuchy na wierzchu dmuchaniem, ale to nie zawsze pomagało. Dziadyga-terrorysta, u którego pomieszkiwała na stancji, zawsze rozdrabniał bułkę, wkruszał ją do gorącego mleka i zostawiał na chwilę, by w talerzu zrobiła się bezkształtna masa, którą jadł aluminiową łyżką ciamkając i cmokając dookoła. Ona zazwyczaj zalewała mlekiem garść ryżu, który został z dnia poprzedniego, a potem dosypywała szczyptę cynamonu ze skromnych zapasów, przywiezionych kiedyś z wycieczki do Niemiec. Dziadyga wciągał wtedy ten zapach do swoich wielkich nozdrzy i wykrzywiał twarz w grymasie niezrozumienia i obrzydzenia. Potem podchodził do kuchni i z rondelka wysiorbywał resztkę mleka. - Tylko dobrze garnek wyszoruj - sapał i wychodził.
Wykarmiona jestem mlekiem. Naleśnikami, twarogiem ze śmietaną lub odrobiną mleka, zimną, niemal oszronioną szklanką mleka, nalewaną ze schłodzonej butelki ze srebrnym kapslem. Śmietaną na gofrach, bitą ręcznym mikserem, zupą mleczną z kolankami, koktajlem truskawkowym... Patrzyłem z zachwytem, jak ładnie ujmuje w palce bladoszarą filiżankę i odlewa trochę śmietany z dzbanuszka, jak wydyma usta ostrożnie dmuchając na mleko, wzbierające w niebieskim garnku... (Stefan Chwin, Hanemann).
Ale kiedy nauczyłam się pić mleko z kożuchami? Trudno stwierdzić jednoznacznie. Zdaje się, że stanęłam po prostu w dzieciństwie do konkursu z kolegami z podwórka, kto da radę. I pewnie mi posmakowało...
poniedziałek, 11 lipca 2011
Uczta bogów
To zdjęcie, zdjęcie biesiady. Jest wyjątkowe, bo biorą w niej udział tylko bogowie. Marylin Monroe i jej trzeci mąż Arthur Miller. Młoda Simone Signoret i jej mąż Ives Montand. Tyle, że wtedy, gdy to zdjęcie było zrobione (ciekawe przez kogo?) Monroe i Montand byli kochankami. Marylin patrzy na swojego męża, Arthur i Simone na Montanda, a Montand na swoją - tak, swoją, w końcu są kochankami - Marylin. Pewnie cała czwórka świetnie orientuje się w sytuacji i jakoś tam ją akceptuje, choć nawet teraz, po wielu latach od tego momentu, oglądając tę fotografię, czuje się odrobinę skępowania, podbarwionego humorem - może ktoś chwilę wcześniej rzucił jakąś aluzję lub nawet bezpośrednio nawiązał do tego nieco zapętlonego układu. Mimo wszystko jest jednak swobodnie, lekko, letnio. Choć może to tylko wino.
Bo wino potrafi...
Na stole butelki wina i może jakieś przekąski, bo alkohol jest tu jednak najważniejszy - ułatwia, rozgrzewa, zachęca. Jest wielu wśród nas - tak myślę - którzy mają nieco podobne zdjęcia ucztowania. Ale ucztowania prostego, nie za zastawionym stołem, z który ugina się od nadmiaru, ale stołem rozmownym - gdzie kieliszek, paczka papierosów, kawałek chleba, ser, ogórek. Rozmawia się wtedy długo w noc, otwierają się serca i umysły, człowiek oddycha wszystkimi porami i słucha opowieści z tysiąca żyć...
A pamiętacie, w którym to roku wyskoczyliśmy na rowerach na Ukrainę? Pamiętamy.
A pamiętacie tę chińszczyznę na Centralnym, gdy jechaliśmy do...? Niestety, pamiętamy.
Kęs chleba, kęs ogórka, noc wartko i szybko się toczy...
-----------------------
Pewnie dlatego tak lansuję kulinarny minimalizm, bo w gotowaniu nie jestem mistrzem. Znam podstawy i ze dwa sekrety, ale nie więcej. Godzę się z tym pomału, stawiając na prostotę i te melodie kulinarne, które już znam. Dlatego w całej swojej próżności twierdzę, że bez trudu umiałabym złożyć taką boską ucztę, na którą przyszedł by nie tylko Arthur, ale może i Henry Miller.
Śmietaną bym ich podjęła - z miętą i czosnkiem. Pieczony kartofel by ich nie zaskoczył, jak myślę, szczególnie Millera H., bo on był wielbicielem prostych smaków. Jego kochanka Anais wspominała w swoim dzienniku, że Henry kochał proste bary, proste potrawy i mleko z kożuchami.
Więc ziemniak. Śmietana. Czosnek. Do tego wino, w którym czuć czekoladę, tytoń i może odrobinę kawy. Znam takie wino, mam zawsze jedną butelkę schowaną w pudełku po butach gdzieś w czeluściach szafy.
Napisałem kolejny fragment powieści - mówi młody bóg pisarz. - Zaczyna się tak: "Przyprowadzono dziewczynę. Przestraszoną i gwałtownie obudzoną. Nie zdawała sobie zupełnie sprawy z tego, gdzie jest, kim są ludzie dookoła i co zamierza się z nią robić przez tych kilka godzin zanim wstanie świt..."
Ktoś musi pójść do kuchni, by wyjąć kolejne porcje pieczonych kartofli... Nie będę to ja, niech idzie ktoś inny, ja chcę jeszcze posłuchać.
Bo wino potrafi...
Na stole butelki wina i może jakieś przekąski, bo alkohol jest tu jednak najważniejszy - ułatwia, rozgrzewa, zachęca. Jest wielu wśród nas - tak myślę - którzy mają nieco podobne zdjęcia ucztowania. Ale ucztowania prostego, nie za zastawionym stołem, z który ugina się od nadmiaru, ale stołem rozmownym - gdzie kieliszek, paczka papierosów, kawałek chleba, ser, ogórek. Rozmawia się wtedy długo w noc, otwierają się serca i umysły, człowiek oddycha wszystkimi porami i słucha opowieści z tysiąca żyć...
A pamiętacie, w którym to roku wyskoczyliśmy na rowerach na Ukrainę? Pamiętamy.
A pamiętacie tę chińszczyznę na Centralnym, gdy jechaliśmy do...? Niestety, pamiętamy.
Kęs chleba, kęs ogórka, noc wartko i szybko się toczy...
-----------------------
Pewnie dlatego tak lansuję kulinarny minimalizm, bo w gotowaniu nie jestem mistrzem. Znam podstawy i ze dwa sekrety, ale nie więcej. Godzę się z tym pomału, stawiając na prostotę i te melodie kulinarne, które już znam. Dlatego w całej swojej próżności twierdzę, że bez trudu umiałabym złożyć taką boską ucztę, na którą przyszedł by nie tylko Arthur, ale może i Henry Miller.
Śmietaną bym ich podjęła - z miętą i czosnkiem. Pieczony kartofel by ich nie zaskoczył, jak myślę, szczególnie Millera H., bo on był wielbicielem prostych smaków. Jego kochanka Anais wspominała w swoim dzienniku, że Henry kochał proste bary, proste potrawy i mleko z kożuchami.
Więc ziemniak. Śmietana. Czosnek. Do tego wino, w którym czuć czekoladę, tytoń i może odrobinę kawy. Znam takie wino, mam zawsze jedną butelkę schowaną w pudełku po butach gdzieś w czeluściach szafy.
Napisałem kolejny fragment powieści - mówi młody bóg pisarz. - Zaczyna się tak: "Przyprowadzono dziewczynę. Przestraszoną i gwałtownie obudzoną. Nie zdawała sobie zupełnie sprawy z tego, gdzie jest, kim są ludzie dookoła i co zamierza się z nią robić przez tych kilka godzin zanim wstanie świt..."
Ktoś musi pójść do kuchni, by wyjąć kolejne porcje pieczonych kartofli... Nie będę to ja, niech idzie ktoś inny, ja chcę jeszcze posłuchać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







