piątek, 21 sierpnia 2015

Blue Libby

Jedni mówią, że nie ma jagód, bo susza...
Inni, mimo że niewidomi, widzą więcej — jak Libby*, która doskonale wie, że niedostatek jagód to wina zakonnic, które otaczają krzaki niczym stado pingwinów i zjadają niemal wszystko, przez co na podwieczorek udaje się uzbierać jeno marną garść.

Są takie fragmenty życia, że wydaje się, że jestem ślepa, a i tak widzę więcej niż ci, co patrzą na świat szeroko otwartymi oczami. Że strumień wiedzy i pewności nie płynie wraz ze wzrokiem, tylko zupełnie inną ścieżką, jakimś innym zmysłem, pamięcią, intuicją. I mimo że wielorybów już nie widzę, a ludzie mówią, że już nie pluskają się na otwartym morzu, że właściwie od lat nie przypływają, ja wiem, że one wciąż śpiewają pod falami.

To jest moja niebieska sukienka?
Tak, Libby.
Niebieski zawsze był moim ulubionym kolorem.
A moim chyba nie do końca, choć doceniam jego wielką siłę i wielki smutek jednocześnie. Głębię i niuanse, odcienie — od niezapominajkowego po ciemność morskiego dna. Do niego się ucieka, do błękitu, gdy trzeba złagodzić ból. On zazwyczaj zalepia nawet te rany, którym nie da rady zamawianie szeptuchy i chleb ugnieciony z pajęczyną. Są tacy, których pociesza spokojem i dostojeństwem.

A co widzi pod powiekami Libby? Czy właśnie nie błękit, który akurat dla niej nie jest ukojeniem, a wiecznym strapieniem, wyrzutem sumienia, poczuciem straty? Może widzi jedynie fale, wśród których baraszkują wieloryby, sprawiając jej nie radość, a palący żal, że nie zobaczy ich już nigdy więcej? Libby, jestem jedną z tych, które cię dobrze rozumieją — które częściej w morzu widzą milion łez niż kawał nieba odbijający się w wodzie.
Ale dla nas też jest miejsce na świecie.
I mimo to też nas można kochać.


..................... 
* postać z filmu Sierpniowe wieloryby, reż. Lindsay Anderson, 1987.

piątek, 14 sierpnia 2015

Buchty

Orzech ścięła burza.
Ciemna i groźna, odcięła nas od lasu i łąki, jedyne kwiaty pod stopami, to te na dywanie.
A po burzy znów pył i suche powietrze.
Za gorąco na bułki... Chcemy lody...
Jak to za gorąco? Za gorąco na buchty? Na te rumiane kulki, których zrobienie wymaga litra potu i rozgrzanego jak diabelski ogień piekarnika? Teraz jest właśnie pogoda na nie, aż rwą się ręce miętosić ciasto do omdlenia palców, teraz jest aura na żar konfitur ze śliwek, na gorąc blachy, na spienione drożdże. Zimą się tak nie chce stać przy kuchni, za to latem, gdy stopy na zimnej posadzce, przeciąg z otwartych okien na karku — tak, to jest pora na buchty.

Tyje ciasto w dzieży, parują łaźnie, 
rumienią się wina,
cwałują niebem prosięta obłoków,
rżą trąby na fizyczny alarm*.

Dziwnym trafem, mimo gorąca, spiekoty i apetytu na lody, z blachy — schowanej za zasłoną, blisko okna, by trochę przestygły — nie wiadomo jak, bo przecież, jak zawsze nikt nic nie widział, znikają po kolei te rozpalone do białości kulki ze śliwkami w środku. Wieczorem w blaszce tylko światło księżyca, tłuste i pachnące mlekiem. Właściwie to tyle mi wystarczy... Kilka okruchów, a jakby tysiąc bucht się zjadło. Taka to potęga lata, że małe nic potrafi rozmnożyć w wielkie coś...


......................................
* Wisława Szymborska, Kobiety Rubensa.

wtorek, 14 lipca 2015

Humory pana Woolf

Och, przygotujmy coś lepszego niż gruszki, Nelly, pan Woolf jest dziś w nie najlepszym nastroju i obawiam się, że same gruszki nie wystarczą, by poprawić mu humor*.

Jak nie gruszki, to jagody albo jeszcze lepiej borówki. Duże i tłuste, w środku świeże jasnym miąższem i świetliste, a nie ciemne i mokre jak jagody. Od jagód brudzą się zęby, a to przystoi być może dzieciom, które po łopianowych zaroślach bawią się w zombie, ale niekoniecznie licuje z powagą pana Woolf. Borówki będą idealne. Zebrane z krzaka, łypią granatem z dna koszyka, trochę zadufane w sobie: Tak, tak, do poprawiania humoru my będziemy najlepsze...!

To zrobimy tak: ukręcimy kruchego ciasta, zrobimy budyniowy krem, a na wierzch wysypiemy borówek, gęsto, by między gryzami nie było wątpliwości, czy aby nam się na pewno ten humor poprawia. Potem pakujemy ciasto do pudła i zabezpieczamy na tylnym siedzeniu starego jaguara, pożyczonego od szalonego automobilisty. I pędzimy przed siebie wąską, wijącą się drogą jak w filmie Allena Magia w blasku księżyca, w którym Stanley wiezie wiecznie głodną Sophie przez krajobrazy Prowansji. Przez lornetkę wypatrujemy łagodnego zbocza, na którym rozściełamy koc, rozdajemy serwetki i pałaszujemy ciasto, popijając je lemoniadą z kwiatów czarnego bzu.

To widziałam w dzieciństwie, gdy z lornetką z odpustu właziłam na dach dziadkowego kurnika i obserwowałam okolicę...
I nie ma takiego humoru, panie Woolf, którego nie umiałabym poprawić...
Proszę zapisać: Borówka. 
Przez o z kreską.


...........................................
* Michael Cunningham, Godziny. Tłum. Maja Charkiewicz i Beata Gontar.

czwartek, 2 lipca 2015

Rozpusta

Rozpustę idealną widzę dokładnie jak John Irving, zawarta jest w kilku zdaniach jego książki Ostatnia noc w Twisted River: Kałamarnica, którą kucharz przygotowywał dla syna na drugie danie, należała do kategorii „bez końca”. Dusił ją powoli z pomidorami z puszki oraz przecierem, z dodatkiem czosnku, bazylii, suszonej czerwonej papryki i czarnych oliwek. Na samym końcu dorzucił orzeszki piniowe i siekaną pietruszkę, a następnie polał sosem makaron penne i dosypał z boku nieco pietruszki. Bez parmezanu. Po makaronie poda Danielowi sałatkę z fasolki szparagowej, może z odrobiną koziego sera; kupował go w Vermoncie, smakował całkiem do rzeczy*.

Wiadomo, że to jest ten czas. Czas wszystkiego, czas nieskrępowanej kulinarnej rozwiązłości. Rozpusta przypieczętowana plastrem z buraka i sokiem z poziomek ściekających po rękach. Jest wszystko, z ptasim mlekiem włącznie. Są korzonki, jagody, liście pokrzywy, słodka lebioda i bób. Jest sałata, chrupiąca piaskiem w zębach, kawałek ryby od sąsiada, czerwona cebula i kapary (cóż zrobić, ze słoika). Wybór przyprawia o ból głowy, o dygot serca, że jeśli nie zje się czegoś dziś, jutro będzie za późno albo będzie jeszcze więcej opcji do wyboru. Ten jeden miesiąc w roku natura przypomina współczesny świat, zepsuty przez nadmiar i niemożność podjęcia decyzji. A i tak przecież w ogrodzie jeszcze nie ma ogórków, nie ma śliwek na drzewach i jabłek też nie ma, a groch dopiero rozwija cienkie strąki. Już jest wystarczająco ciężko.


Królowie lata już biegają po łąkach bez butów.
Bez koszul, tylko w swoich jędrnych, nastoletnich ciałach. Szukają, eksplorują, kwestionują. Testują swoją męskość, gnani testosteronem w środek lasu, chcą polować, wyrąbywać dla siebie kawałek przestrzeni i zdobyć odrobinę szacunku. Zaopatrzeni w nóż i przekonanie o swojej nieśmiertelności są czystym żywiołem i energią. Energią, która nie bierze pod uwagę faktu, że lato skończy się szybciej niż się obejrzą, a kasa na czarną godzinę, podebrana rodzicom, rozpłynie się na kurczaki z supermarketu tuż za drogą oddzielającą dzicz od cywilizacji. Ale to kiedyś, teraz liczy się ten moment spalania, czas jasnego i równego płomienia, który nie musi wiedzieć, że oliwa w lampce kiedyś się wypali. To jest jedna z tych czystych chwil, o których się pamięta w dniach ciężkiej jesieni życia i w chwili śmierci. To jedno lato, gdy człowiek czuł się jak Bóg, bardzo młody Bóg.

Lato rozpusty.
Niech trwa.

kadr z filmu Królowie lata


................................................
* John Irving, Ostatnia noc w Twisted River. Tłum. Magdalena Moltzan-Małkowska.
* na dole kadr z filmu Królowie lata, reż. Jordan Vogt-Roberts, 2013.



wtorek, 23 czerwca 2015

Paprykarz


W pociągu, nazywanym studenckim, bo startował w niedzielne popołudnie, pachniały nim przedziały i korytarze. Pachniał nim mój plecak i notatki. Czuć go było w sali wykładowej w czasie drugiego śniadania. Nawet panowie doktoranci prezentowali pofarbowane nim usta podczas cotygodniowych konsultacji. Był, potem zniknął, a dziś wraca. Mnie to cieszy.

Paprykarz, 
czyli ryż i łuski. Suszona papryka i ości. Puszki po nim zalegały śmietniki za akademikami, grał na nich deszcz, wiatr turlał po betonie. Nieliczne uświadomione koleżanki od czasu do czasu próbowały nas nawracać i jednym tchem wymieniały, co w tych puszkach tak naprawdę było. Ale nikt nie chciał tego słuchać, a jeden z drugim ostentacyjnie wyskrobywali nożem resztki, które przykleiły się do wieczka, wywołując u akademikowych wegetarianek spazmy nudności. Ja też nie słuchałam, buła z paprykarzem to była dla mnie zawsze bezpieczna przystań. Szczególnie na pierwszym roku, gdy do domu daleko, lista lektur długa jak noc listopadowa, sami nieznajomi dookoła, a w portfelu kłaczek kurzu i nitka. Biała buła z margaryną i centymetrową warstwą rybnej pulpy z koncentratem pomidorowym ratowała moją duszę od zguby i żołądek od zaniku. Do dziś jestem wdzięczna tej puszce za wszystko, co dla mnie zrobiła...

Po latach zajrzałam do niej ponownie. Niedawno, gdy znalazłam w sklepie do złudzenia podobną do tych, które woziłam w plecaku studenckim pociągiem. Jakbym odbyła podróż w czasie i podczas niej odebrano mi kilka kilogramów, doświadczeń i tych paręnaście zmarszczek, które cierpliwie sobie wypracowałam. Jakbym miała na głowie — zamiast tego, co mam dziś — tylko lekki wianek z polnych kwiatów. Chleb, margaryna i paprykarz. Dobrze przyprawiony, pomidorowy i tłusty. Palce pofarbowane pomarańczem na resztę dnia. I na resztę życia.

Przyszło lato, co my na to?


....................................
* notatka numer trzysta, trudno uwierzyć...

środa, 10 czerwca 2015

Między piwoniami, między powiekami


Ogród raportuje:
Bzy kwitną wciąż.
Rośnie szpinak i sałata.
Rzodkiewka różowieje.
Poziomki zarosły chwastem.
Mięta rozsiała się na cały zagon.
Drozdy wydziobują dżdżownice z truskawkowego pola.
.........................

A kiedy kładę się na trawie, to między piwoniami, między powiekami, więc właściwie między jawą a snem, widzę koleżanki z dzieciństwa. Koleżanki w zwiewnych sukienkach, żółtych jak płatki bratków, koleżanki tak samo młode, gdy je zostawiałam po ósmej klasie, jędrne, słodkie i dziewczęce. O twarzach pełnych życia, pełnych tajemnic młodości i planów. Biegają po trawie na bosaka i krzyczą. I jest to krzyk witalny, niemalże niekontrolowany, pochodzący z ziemi i podbijany jeszcze dodatkowo tupotem zdrowych nóg na ścieżce. I zatęskniłam za nimi wszystkimi, za każdą z osobna. One są w stanie przywrócić mi trochę tych momentów, co mi się pomału w pamięci zacierają, a które nadal i wciąż wiszą nade mną jak latarnia, dzięki której jeszcze na poważnie się w życiu nie zgubiłam.

Później, dużo później odkryłam, że wśród wszystkich ważnych osób naszego życia wyróżniamy w jakiś szczególny sposób właśnie te z nich, które znają nasz dziecinny świat i czas, który nas ukształtował. Były wtedy przy nas, dzieliły z nami tamte doświadczenia. Tacy ludzie są potem jakby powiernikami pierwszej tajemnicy. Cała reszta późniejszych przyjaciół zna nas tylko w tej części, do której zostali przez nas dopuszczeni, w części lekko podreżyserowanej, części niejako „na wynos”. Nie są przez to mniej ważni, po prostu z woli losu nie dostąpili najwyższego szczebla wtajemniczenia i nic na to nie da się poradzić. Będą nam bliscy, ale już nie tak jak tamci mieszkańcy Krainy Początku, obywatele na specjalnych prawach*.

W tej Krainie Początku nie wiadomo jeszcze, że kilka z tych żółtobratkowych dziewcząt zostanie młodo babciami, nikt nie ma świadomości drobnych zmarszczek pod oczami, lekko już zmęczonej skóry, nikt nie wyobraża sobie bólów kręgosłupa od siedzenia za biurkiem, żylaków, rozciągniętej skóry na brzuchu po dzieciach. Widzę je wtedy, gdy wypełnia je niczym nie zmącona dziewczęca, chrupiąca energia. I tam je zostawię, w tym ogrodzie pełnym piwonii, świeżej marchwi i pikantnych rzodkiewek.

..............................
Słoneczniki wyszły z ziemi.
Groch się owija na tyczkach.
Szałwia rozkwitła fioletem.
Już czas na lato.



....................... 
* Izabella Cywińska, Dziewczyna z Kamienia.