wtorek, 23 września 2014

The Hot Pepper*


— To ty nie wiesz, że tam się nie mówi po polsku?
— A po jakiemu?
— Po jakiemu? Po meksykańsku!

Oczywista oczywistość. Zabawy w zagranicę równie oczywiste, podwórko przedzielało się grubą linią, po jednej była Polska, po drugiej zagranica, czasem Niemcy, czasem ZSRR, rzadziej Ameryka lub Australia. Ci, którym dostało się życie na obczyźnie, porozumiewali się w języku bardzo obcym, coś jak poplątanie angielskiego z gaworzeniem niemowlaka. Albo jak w książce o Mikołajku, kiedy to nowy angielski kolega bełkocze coś na kształt: Uę-szuę-szuę... Na pieńku stawialiśmy kilka puszek po zagranicznych piwach, jakiś obejrzany do ostateczności katalog Otto albo Burdę z wykrojami i mieliśmy prawdziwy Zachód.

Meksykańskie jedzenie jest charakterne. Ostre papryką, ale przełamane czekoladą; czosnkowe, złagodzone śmietaną; ziemisto-kminkowe i jedncześnie chilli-ogniste. Czytam, że Lupe Vélez taka była. Temperamentna, często wybuchowa i głośna. Jedna z pierwszych i nadal niewielu meksykańskich aktorek, które zrobiły karierę w Hollywood. Grała siebie, w wywiadach mówiła, że wie, że nazywają ją dziką, ale ona po prostu zachowuje się jak szczeniak bez opieki. Ze swoimi chłopakami (a romansowała ze wszystkimi amantami ekranu tamtych czasów) się nie patyczkowała, potrafiła na nich krzyczeć, rzucać się na nich z pięściami lub z nożem, miała też rewolwer i nie raz go użyła. W stosunku do kobiet też bywała bezwzględna, obrażała swoje konkurentki do ról, policzkowała je i ledwie powstrzymywała się od wydrapania im oczu.



Koniec jej życia palił jak dobrze przyprawiona enchilada. Vélez spodziewała się dziecka i chyba sama nie wiedziała z kim. A może wiedziała, tylko w Meksyku, gdzie ją wiadomość o ciąży zastała, panna z dzieckiem to nie jest status, jakiego by sobie życzyła. Wykończona rywalizacją z inną importowaną meksykańską gwiazdą, Dolores del Rio, próbowała stabilizacji — ale na swoich warunkach. Jak zawsze gwałtownie, próbowała zmusić kogokolwiek do małżeństwa, ale jej urok już nie działał albo zamęczyła swoich adoratorów żądaniami i zazdrością.
Już nikt jej nie chciał, a ona nie chciała niepewnej przyszłości dla swojego dziecka.
Mówi się też, że wtedy z całą mocą ujawniła się u Lupe choroba dwubiegunowa.

Miała 36 lat, gdy pewnego wieczoru, po kolacji, na której podawano meksykańskie jedzenie, połknęła śmiertelną dawkę proszków nasennych.

Oglądam fragmenty filmów z Lupe i coś nie pasuje. Energiczna rzeczywiście, ale nawet na tych starych taśmach, porysowanych i czarno-białych widać, że jej energia to tylko przykrywka dla ogromnego smutku i osamotnienia. Kiedy na moment przestaje się wygłupiać, kiedy zamyka usta i nie bawi widzów angielskim wymieszanym z niegrzecznym hiszpańskim, patrzy na mnie wzrokiem opuszczonego dzieciaka, któremu świat obiecał wszystko, a dał jedynie polizać taniego lizaka. To pewnie nie wina świata, jest jaki jest, ani pewnie wina Lupe, która widziała rzeczywistość na swój sposób. Dla zwyczajnych ludzi, jak ja na przykład, ten rozdźwięk między światem a moimi wyobrażeniami nie jest śmiertelny. Dla Lupe okazał się zabójczy.

Cuando de lejos te ví
ya en mi latido advertí
que el tiempo era eterno
pero existe el infierno,
me lo dan junto a tí*.

Zaśpiewane po meksykańsku...

...............................
*  The Hot Pepper — pseudonim Lupe Vélez.
* Gdy zobaczyłam cię z daleka/ moje serce spostrzegło/że czas stanął w miejscu/ale też, że istnieje piekło/które otrzymam wraz z Tobą. Piosenka Tramontana zespołu Giulia y Los Tellarini.

poniedziałek, 15 września 2014

Gorzko


Przyniosłeś mi tę czekoladę, jak cię prosiłem? Wstałem i podałem mu ją. Ale ona nie wygląda na mleczną. Naprawdę? Ta czekolada jest gorzka! Czyżbym się omylił? Jest gorzka — powtórzył ojciec. Masz rację — powiedziałem. — Ta czekolada jest gorzka. Również taką czasami trzeba zjeść*.

Trzeba.
Ja nawet z wielką przyjemnością.
Coraz mniej jest dookoła rzeczy bez cukru.
Okładki książek ocukrzone są skrzącymi się literami i nostalgicznymi fotografiami.
Strony czasopism pływają w cukrze rozbudowanych zdań, jaka to jestem mądra i przebojowa.
Ekspedientka w drogerii rzuca na mnie urok fenomenalnym uśmiechem wybielonych zębów i czyta w moich myślach: Na pewno tego pani właśnie potrzebuje.
Nawet mocno zawiany obywatel pod sklepem obsypuje mnie słodkim pyłem komplementów, by po chwili wyciągnąć rękę po dwa złote na piwo.

Gorzkoczekoladowe są jeszcze tylko przepełnione autobusy w godzinach szczytu.
Kolejka do lekarza.
Fotel opuszczony przez kogoś lub choćby przez kota, który poszedł nie wiadomo dokąd.
Dworzec kolejowy po odjeździe ostatniego pociągu, zerwany drogowskaz, niepewna, mało przetarta ścieżka na szlaku, niewyraźna wskazówka na mapie. Jakieś proste, bezpośrednie pytanie, nad którym trzeba dużo pomyśleć. Dla kogo żyjesz? Kim jesteś? W co wierzysz? Sprzeciw, walka, dążenie i odległy cel. Wszystko, do czego samemu trzeba dojść — by smakowało słodko — po drodze pachnie surową i gorzką, dopiero co stopioną z kakao czekoladą.

...................
* Tobiáš Jirous, Czekolada dla mojego ojca. Tłum. Piotr Godlewski. Opowiadanie opublikowane w nieistniejącym już kwartalniku środkowoeuropejskim „Kafka”.

poniedziałek, 8 września 2014

Mleka krople


Tam, przy drodze, rosły buki, rozczochrane, zielono-czarne, gęste jak smoła od liści, co stały w upale i tylko błyszczały, błyszczały. Przykleiły się dłonie do kory, białe, a brudne pod paznokciami, szorstkie, zgrubiałe w opuszkach. Pusto się w sercu zrobiło, coś jakby strach obleciał, jakby ukradł kto dech z piersi, kłuło, jak kłuło.

Tam, w łóżku, pod oknem z żółtymi zasłonami w wiatraki pies śpi z nim w gorącej pościeli. Pchły pod poduszkami. Opalone, odkryte plecy pod wilgotnym prześcieradłem, między palcami nóg wyschnięty kłos żyta, pusty, bezdźwięczny, a szumi przy otwartym oknie. Po ścianie chodzi tęcza od obrazu Czarnej Madonny z kolorowych szkiełek. Muchy spijają blask z szyby, kołyszą się nici babie, dzikie wino się leje po framudze. Puściej się w sercu zrobiło, coś jakby strach obleciał, bolało, jak bolało. Dusza się paliła od słońca, płowiała jak suknia, co ją zapomniano zdjąć ze sznura. Trudno wyrwać się spod pierzyny, kiedy tam, pod pierzyną, świat cały na guziki zapięty, kiedy tam wszystko, czego można chcieć. Warkocz ciężki, mokry, jak powróz przywiązany do poręczy. Piersi pełne, aż się chce dotykać, przeciągać, by się lekko uniosły, pokazały spod koszuli. Jedna stopa już na podłodze, w sandale, druga szuka jeszcze czego w poszwie, korali, jakiejś wilgoci, potu, co jak śmierć wieczny i nie do sprania. Przykleiły się dłonie do kory, jasna skóra z piegami, a twarde, mocne.

Tam, w łóżku, pod oknem z żółtymi zasłonami w wiatraki ręka za ręką, równo za sobą, jak gęś za gęsią, jak kropla deszczu za kroplą. Jednym rytmem, jednym czuciem. Powieki zaciśnięte, czuwa tylko dotyk, powtarzający lekcję do nieprzytomności palców, zdrętwienia ust, poplątania włosów i języków. Wszystko ciałem, sosnowa poręcz, wapno ściany, suche ziele u wezgłowia. Nie widzieć, a całować, gdzie plama słońca, gdzie ciepło. Otwierać ramiona na ostateczność, na kres, na spazm, na krzyk.

Tam, przy drodze, rosły buki, roztrzepane wiatrem, gęstozielone, liściaste, co w słońcu tylko błyskały, błyskały. Pustka się w sercu zrobiła, ukłuła, ktoś jakby ból przysłał naumyślnie. Ziemia się rozchyliła, pokazała korzenie, grzeczna, zaprasza, by się zapaść, by uciec, zapomnieć. Jak zapomnieć, kiedy prowadzi za rękę, przez próg do jasnego pokoju. W oknie żółte zasłony w wiatraki, pies pod piecem, ziele u wezgłowia, Czarna Madonna z kolorowych szkiełek. Patrzy bez uśmiechu, pewny, drżący brzuch odsłania. Odrzuca pościel, rozdmuchuje pył, co się rozniósł dookoła, zgarnia pot z czoła ustami. Jakieś słowo gada prosto do ucha, krople śliny, jak spragniony kot mleko, zlizuje z szyi, korale rozpina zębami, wyjmuje żyto z włosów, śmiech się toczy po podłodze. Przykleiły się dłonie do kory, starte, gładkie, silne.

Tam, pod oknem z żółtymi zasłonami w wiatraki, świeżo pościelone łóżko, puste, chłodne. Czarna otchłań strachu na progu pokoju, pies się łasi do stóp, idzie pod piec, strzepuje pchły z ogona. Blask bije z okna, sama dobroć wlewa się do domu, czyste, białe światło zagląda w oczy, spędza mgłę, pozwala krążyć krwi, choćby ją później trzeba było rozlać, rozetrzeć w palcach na proch. Wahanie krótkie jak sen. Chodź, dam ci korale z bursztynu. Puściej się na sercu zrobiło, coś jakby rozpacz przyszła, dusiła. Jakby od siebie samej nie było ratunku. Przykleiły się dłonie do kory, ciemne od cienia, słodkie od dotyku, lepkie od mokrej skóry.

Tam, przy drodze, rosły buki, nastroszone, cierpkie od kwaśnych liści, co stały w upale i tylko się mieniły, mieniły.

piątek, 5 września 2014

Kolacja rozbitka

Poszliśmy, mimo że na łowienie ryb zdecydowanie było za późno. Wszystkie spały po drugim śniadaniu, tylko niektóre leniwie obgryzały nasze przynęty, nie mając jakoś ochoty na śmierć w tak piękny dzień. Ze dwie płotki, jakiś okonek, nic więcej.
A chciałoby się ryb, szczególnie, gdy siedzi się na gorącym pomoście i czyta Teatr ryb*: Pani Duggan przyholowała z kambuza ucztę, złożoną z tradycyjnych rodowych smakołyków: maślanych bułeczek, mleka w puszce, woskowatej marynarskiej kiełbasy bologna i "kolacji rozbitka", czyli wszystkiego razem, wrzuconego do jednego gara. Na śniadanie dostawaliśmy kociołek "ryby z brewis" — oleistej paciai przyrządzonej z solonego dorsza, cebuli, rozgotowanych sucharów i skrawków boczku. Zapachniało rybą, ale tylko w wyobraźni, wędki ani drgnęły...

Zerknęłam na jezioro, na plażę z miękkim piaskiem i wzięła mnie tęsknota za skalistym lądem, za ostrym powietrzem, tnącym płuca na kawałki, za solą wszędzie, za historiami rybaków, którym zamknięto morze i którzy — zamiast splatać sieci — splatają tylko opowieści.

Ale nie tęsknię za Nową Fundlandią, raczej za surowością i prostotą. Za płotem bez reklamy, za ciszą wieczoru, za stukotem kół pociągu, nieprzerywanego dzwonkami telefonów. Za szorstkością babki, która nie słodziła mi życia cukierkami, tylko nauczyła rozpalać w piecu i karmić kurczaki. Która rzadko przytulała i znała mało pochwał, ale do dziś pamiętam dzień, gdy sama usmażyłam jajko sadzone i talerz postawiłam przed dziadkiem, a babcia poklepała mnie po plecach.

Wszystkie złowione ryby wypuściliśmy do wody, dla trzech małych rybek nie warto rozgrzewać patelni. Przyjdziemy jutro z samego rana, gdy w zaroślach, na rozklekotanym statku, spać będą jeszcze piraci, oddychając zatęchłymi oparami rumu. Pod kamieniem białe robaki, butelka soku chłodzi się w wodzie, przywiązana za sznurek do deski pomostu, złote ważki kąpią się w słońcu, żyłka plącze się wokół palca, a tuż pod powierzchnią wody kłębią się srebrzyste syrenie ogony.

Niechże zaśpiewają:
I've seen your face 
On the floor of the ocean 
At the bottom of the ray*.






............................................
* John Gimlette, Teatr ryb. Podróże po Nowej Fundlandii i Labradorze. Tłum. Hanna Pustuła-Lewicka.
Piękna opowieść o hardych ludziach, skalistym kawałku ziemi, który pomału się wyludnia, gdyż po wytrzebieniu niemal całej populacji dorsza nadal obowiązują tam obostrzenia połowowe.
* Fragment piosenki Nicka Cave'a i The Bad Seeds, Mermaids.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Miętowa rzeka

Kajakiem płynęłam rzeką Miętową*, pusto było i nieco wietrznie.
Ważki podwoziliśmy parę mętrów do przodu, a one wciąż zawracały z regularnością rozkładu lotów samolotów. Woda czysta, przejrzysta, wieczna i metalicznie zielonkawa.
Złapałam wiosłem lato za rękaw, bo ono siedzi już na płocie, gotowe do odejścia za łąki i stawy.
Zimno się łasi — chce, by je oswoić. Zapłacę mu złotówkę, by poczekało jeszcze z tydzień.

Nazbierałam koniczyny na widoczek*. I jeszcze znalazłam ususzoną ćmę za kominem, a na progu liść pomarańczowy. Pod szkło same wśliznęły się ciekawskie insekty, słońce bijące w szkiełko zachłannie łapiąc w skrzydła.
A wieczorem usiedliśmy przy herbacie i w aromacie suszących się grzybów i wspominaliśmy dawno temu poznaną słodycz jarzębinek w czekoladzie. Słodycz kwaskowatą, ale wszystko w niej było: i dzień, i noc, i śmiech i złość, ciepło południa i chłód zachodu, rozczarowania i mocy.

Mija wiosna, lato, już jesień u mych drzwi,
Już się ze mnie śmieją dziewczęta z mojej wsi. 
Tylko jarzębina poradzić może mi, 
Co mam biedna robić przez tyle długich dni*.

....................................
* Rzeka Miętowa to fragment rzeki Brdy, nazwany tak przeze mnie, ponieważ obrośnięty jest kępami mięty.
* Widoczki to zabawa z dzieciństwa — pod kawałkiem szkła układało się kwiaty, kamyki i zasuszone owady, tworząc obrazy. Umieszczało się je w trawie, oznaczając miejsce patykiem (lub nie oznaczając wcale).
* Fragment piosenki Jarzębina, z tekstem Anny Jakowskiej, śpiewanej przez Sławę Przybylską.