poniedziałek, 26 stycznia 2015

Wywijanie faworków


Ciocia Lodzia przychodziła do babci na kawę raz na tydzień.
Nigdy nie zdejmowała czapki, starannie upiętej na włosach kolorowymi wsuwkami. Siadała w fotelu blisko oszklonego kredensu i co moment zerkała w szybę, sprawdzając jak leży nakrycie głowy. Iskry z moherowych włóczek, krzesane na wszystkie strony, straszyły kota i odbijały się w szkle jak choinkowe lampki. Zabawne, że nigdy nie widywaliśmy jej latem, więc niemal natychmiast w naszym tajnym stowarzyszeniu na strychu uknuto teorię, że ciocia Lodzia nie ma włosów wcale, że ma tylko pasma przyszyte do czapki albo upięte szpilkami. Pewna jestem, że podejmowaliśmy próby, by to sprawdzić, ale nie przypominam sobie, z jakim skutkiem. Myślę, że z żadnym, bo gdyby się komukolwiek z nas udało, widok cioci Lodzi bez czapki byłby dla mnie obrazem nie do zatarcia.

W każdym razie babcia z ciocią kawkowały przy politurowanej ławie, a my, znudzeni knuciem na strychu, zaglądaliśmy co chwila do pokoju. W końcu — zniecierpliwiona babcia machała na nas groźnie — a ciotka wstawała z fotela i ogłaszała, że czas na wywijanie faworków. Ktoś zrozumiał wywijanie koziołków i już zaczęliśmy sobie wyobrażać furkoczącą czapkę ciotki podczas zabawy, kiedy na stole wylądowała kula ciasta i nożyki.

I właściwie takim to sposobem ciotka Lodzia w mojej pamięci zapisała się faworkami równie mocno jak czapką. Wykrajała z ciasta najcieńsze romby i nacinała je w środku, a my małymi palcami przewlekaliśmy ciasto przez dziurkę. Niby nic, żadne współczesne dziecko nie zaszczyciłoby tego zajęcia mianem „zabawy”, ale nasza fascynacja była ogromna. Nie tylko sztuczką z wywijaniem ciasta, ale i wrzucaniem go do gorącego tłuszczu i obserwacja, jak coś przyklejającego się do palców zamienia się w trzeszczące chrupkością gałązki.

A późnym popołudniem, zmęczeni i objedzeni, popijając herbatę i zlizując cukier z talerzy, siadywaliśmy na parapecie i patrzyliśmy jak czerwona czapka wędruje wśród drzew ogrodu, znika za furtką i toczy się w dół drogi jak słońce chylące się ku zimowemu zachodowi.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Wódka

Jeżeli jest jakieś zdanie, za które jestem wdzięczna Szczepanowi Twardochowi, to chyba za to jedno z najdłuższych w literaturze, zawarte w Zimnych wybrzeżach, a dotyczące wódki. Nie będę całego cytować, zajmuje bowiem całą stronę, zanotuję tu jedynie początek: Wódka, gorzałeczka, jakąż radość dał Bóg swoim dzieciom, kiedy pouczył je, jak należy destylować zacier ze zbóż lub kartofli, jak odlewać fuzle, rektyfikować, rozcieńczać, tak aby w końcu w szkle przejrzystym znalazł się napój jak kryształ, ogień z wodą ożeniony [...]. 

Wódko, wódeczko, kiedyśmy się spotkały po raz pierwszy?

Przypuszczalnie — kilkuletnia zanurzyłam język w kieliszku kogoś z rodziny, gdy ta zasiadała przy dziadkowym stole, nad bigosem i domową kiełbasą. Oczywiście taki numer — zamiast oburzenia — wywołał radosne śmiechy i żarty, że wcześnie zaczynam... Szczególnie dziadka to bawiło, klepał się po brzuchu z uciechy. Dla mnie wtedy te kieliszki, małe drobne, błyszczące w świetlistych plamkach z żyrandola, z dobrze zmrożonym płynem wewnątrz (dziadek trzymał wódkę zazwyczaj w szopie na drewno, zimą butelki były zatem dobrze schłodzone) były jak kulki marble, breloczek z przezroczystego plastiku z zatopionym w nim bursztynem, szklane, dźwięczące korale. Skarbem po prostu, świecidełkiem — a jeszcze dorośli po paru głębszych robili się tacy chwaccy, weseli, frywolni! Rodzice śmiali się głębokim głosem, a ciocia M. wchodziła wręcz w gwizdkowy rejestr i krztusząc się z rozkoszy, jaka grała jej we krwi, opowiadała przaśne, rodzinne anegdoty. Dziadek rozsuwał talerze z kiełbasą na bok i stawiał wnuki na stole i kazał śpiewać w zielonym gaju ptaszki śpiewają....

A potem już przy każdym rodzinnym spotkaniu spijaliśmy resztki i wycmokiwaliśmy krople z opróżnionych butelek w konkursie kto się skrzywi, ten głupek. Zaczynaliśmy oczywiście dostrzegać tę zależność między wieczornym uniesieniem a porannym kacem. Między nocną brawurą rodem z wesel Smarzowskiego a wymiotowaniem o świcie. I że właściwie na drugi dzień lepiej zejść wszystkim z drogi i bawić się w bezpiecznej odległości.

Pytanie, na które próbuję sobie odpowiedzieć do dzisiaj brzmi: czy wódka mi smakuje? I ta odpowiedź jest plątaniną potrzeby, by mi smakowała, bo Polakom musi smakować i niechęcią do tego obrzydliwego gestu przechylania głowy, gdy wlewa się w siebie zawartość małego kieliszka, trzymanego delikatnie w dwóch palcach, gestem delikatnym, prawie czułym. Nie wiem, czy mi smakuje, zazwyczaj ten aromat to niejaki wstrząs dla mojego rozumienia definicji smaku. Bo tu nie chodzi o to, czy smakuje — tłumaczył kiedyś ktoś na jakiejś zakrapianej studenckiej imprezie — tu idzie raczej o to, co się dzieje później, o ten ogień w żyłach i odwagę, jaka się w nich rozgrzewa.

Znam ja tę odwagę... Dla jednych oznacza podejście do kogoś, kogo się dotąd panicznie bało, dla innych balansowanie na balustradzie balkonu. Jest poczucie nieśmiertelności po wódce, strach się przyczaja jak dzikie zwierzę w obawie przed ogniem, a w człowieku wzbiera pewność herosa. Znam tę odwagę, dzieliłam ją z innymi, gdy szliśmy nocą szeroką ławą po trzypasmowej ulicy, klepiąc po maskach przejeżdżające samochody. Czułam ją, gdy migocące w sierpniowym księżycu głębokie, czarne jezioro zdawało się jedynie rozkoszną sadzawką, w której wykąpać się mogę kompletnie ubrana, także w ciężkie jak kamień buty typu glany. Oswajałam tę odwagę, gdy przed maturą koleżanka wlała we mnie pięćdziesiątkę, a ja poczułam, że nie ma pytania na które nie znam właściwej odpowiedzi. Jestem za absolutną prohibicją, ale muszę przyznać, że czasami alkohol załatwia mnóstwo nieporozumień, tak wewnętrznych, jak i zewnętrznych — pisał w Narkomanach Witkacy i od razu przypominają się te momenty, gdy bez wódki nie przeżyłabym pewnych życiowych zawirowań.

Teraz z wódką się już nie przyjaźnię. Wlewam kieliszek do drożdżowego ciasta, wąchając ten lekko oleisty płyn i zastanawiając się, co mi przypomina. Przepływają  przeze mnie obrazy — jedne są tak kolorowe, że trudno uwierzyć, że się wydarzyły, a inne są jak czarno-biały reportaż z ciężkiego dnia „po”. Takiego bólu głowy się nie zapomina — oświadcza B., z którą omawiam wspólną wódczaną przeszłość. Myślę, że każdy raz w życiu powinien przeżyć takie upodlenie, żeby wiedzieć, do czego jest się zdolnym.
Skłaniam się ku tej prawdzie. Są w życiu każdego człowieka progi, które powinien przekroczyć, jednym z nich jest wpaść w pętlę alkoholu i boleśnie upaść. Raz wystarczy, by obejrzeć siebie od ciemnej strony. Dzięki temu później już się wódkę tylko smakuje, delikatnie i stylowo, rozróżniając ziemniaczane i zbożowe niuanse.

Ale już beze mnie. Nie chciałabym zobaczyć znów tego, co zobaczyłam w sferze cienia.
Za bardzo ja i nie ja wcale.
Paradoks. Paradoksy mi szkodzą nie mniej niż wódka.

czwartek, 8 stycznia 2015

Kawa Rosalii


Zazwyczaj Rosalia* podawała tę kawę księdzu, który odwiedzał okoliczne gospodarstwa.
Na sycylijskiej ziemi tuż po wojnie nic się nie mogło zmarnować, to i fusy wykorzystywano po wielokroć. Taki napój, zwany caffè d'u parrinu, przygotowany z tego, co zostało po trzech-czterech kawach, z małą filiżanką świeżego naparu i łyżką kakao, podrasowany cynamonem, goździkami i wanilią, stawiał na nogi nawet najbardziej leniwego pasterza dusz.

Mieszam swoją wersję — jest gęsta i czarna jak sam diabeł. Pachnie do pomieszania zmysłów i gdy się dobrze wściubi nos do garnka, to można na tej kawowej, drgającej tafli ujrzeć przyszłość... Czy swoją? Nie wiem, czyjąś... Sukcesy, porażki, finansowe górki i dołki, miłosne perypetie — wszystko to widzę w czarnym oku filiżanki, gdy stawiam ją na parapecie i i czekam aż świat się w nim odbije. Miło by było wziąć historię wyrysowaną w fusach i kogoś nią obdarować.

Pani, co karmi kaczki rogalem, dostanie w tym roku ode mnie podróż do miejsca, w którym byłam w poprzednim życiu, miejsce ładne i pachnące narcyzami.

Pani, która z kolei stoi obok i marudzi, że kaczek nie karmi się rogalem, otrzyma w tym roku sposobność wygadania się komuś do szczętu, może komuś, z kim utknie w zasypanym pociągu gdzieś pod Krosnem.

A pan, co strofuje psa, by się pospieszył z toaletą, odkryje w sobie wielki talent, który zacznie nim rządzić, prawie go przytłoczy, a już na pewno przestawi jego życie do góry nogami, by mógł zrozumieć, że nie wszystko musi iść po jego myśli.

A ta para, co podskakuje, bo mróz tęgi, zgodnie z kaprysem moim i moich fusów, rozstanie się na jakiś czas, a potem do siebie wróci, by posmakować tego najsłodszego z owoców, owocu przebaczenia i kolejnej próby.

Postanowione.
Kawa zniknęła, zostawiając w powietrzu ledwo wyczuwalny zapach cynamonowej kory.
A ksiądz pogwizdując wesoło, wskoczył na rower i popedałował dalej.

.............. 
* Przepis na kawę Rosalii znalazłam w książce Simonetty Angello Hornby, Kropla oliwy. Moje sycylijskie wakacje. Tłum. Mateusz Salwa.

środa, 31 grudnia 2014

Dojrzałe

Ostatnie popołudnie ofiarowane nam przez Stary Czas.
Złote popołudnie.
Przyjrzyj się, żeby nie przegapić, nie stracić tego wyjątkowego momentu — choćby wszyscy mówili, że jutro też jest dzień i prawdopodobnie będzie wyglądał identycznie, jeśli tylko pogoda pozwoli.

Ośmielam się twierdzić, że to nieprawda.
Dzisiejsze popołudnie jest dojrzałe jak tylko dojrzały może być czas.
Może przejrzałe nawet, trochę jak sierpniowy owoc, z którego po lekkim ukłuciu wyciekają soki i nie da się ich zatamować. A po nadgryzieniu wracają dni słodkie i wytrawne miesiące, co minęły; smaki i zapachy odurzają z mocą szampana... I wszyscy mówią, o tym jak było, z zuchwałością swojej prawdy, która niebezpiecznie blisko arogancji...
Dużo, za dużo słów w tym dniu — podsumowania, zestawienia, plebiscyty. Wyścigi najlepszych, smutek ostatnich, listy przebojów zapomnianych i zmiksowanych gładkich zdań na każdą okazję.
Nic tu po mnie. 







Pójdę na łąkę. A przynajmniej tam, gdzie była ostatnio, a teraz leży na niej płachta pomarszczonego, zmrożonego papieru, który trzaska pod butami głośno jakby się serce komuś łamało. Albo jakby trzeszczał stary czas, czując że ktoś nowy chce go wysadzić z siodła.
Na łące jest cisza pozorna, jak to w przyrodzie, która ucieka przed intruzem. Dzwoni powietrze nad zamarzniętą kałużą. Ścieżka się za mną zamyka, zasklepia się droga, zespaja się śnieg i właściwie nie ma powrotu.
To dobrze. Tak trzeba. Nie chcę wracać.


Czy łatwiej iść po śladach, co przede mną?
Czy może lżej zawrócić po tych, co za mną?
Albo po prostu stanąć tam, gdzie się jest i trwać tak długo, jak pozwoli mróz, cierpliwość i pycha, że się umie tkwić w miejscu mimo wiatru, mrozu, mimo oczywistej prawdy — aby żyć, trzeba biec...

Nałapałam w czapkę garść złotych promieni, kilka blasków, co się z trudem oderwały od zamarzniętego jeziora. I wtedy zgasło to dojrzałe ostatnie popołudnie. Ot tak, jak co dzień, zostawiając mnie z pewnością, że niezależnie od wszystkich kalendarzy świata jutro spotkam się z kolejnym popołudniem. Pewnie będzie mniej dojrzałe, bardziej zielone, bardziej wilgotne, ale będzie i — jeśli nie zapomnę tego zauważyć, jego uroda i moc zupełnie odejmą mi mowę.

[...] od ust mi odjąłeś, języku,
ten śnieg, co między ustami a brzegiem
horyzontu tak jarzył się dla mnie, że stałem
z otwartymi ustami; nie mam do nich co
włożyć teraz, ta biel lodowata i czysta
nie jest w stanie przemówić do mnie bez ogródek
zębów i mam ją tylko na końcu języka,
szorstką od mrozu i szronu, nawet nie na końcu
mam tylko język, kaleczony o
pękniętą szybę jawy, która nas rozdziela*





..............................
* Stanisław Barańczak, Śnieg I.

wtorek, 23 grudnia 2014

Sztuka przeciągania


Zapomniałam sztuki przeciągania.
Ostatnie poranki są takie, że dzwoni budzik, kręgosłup się prostuje, myśli stają na baczność, a nogi jeszcze w pościeli, a już właściwie maszerują.
Śpieszmy się. 
Jest taka jedna chwila rano, gdy mózg podsuwa tę wizję: jeszcze tylko z czterdzieści, no może pięćdziesiąt wigilii — a i to w najlepszym razie i koniec. Śpieszmy się. Czterdzieści makowców, czterdzieści kilogramów buraków i czterdzieści wyprasowanych obrusów. To wszystko zmieści się w jednej skrzyni. Jedno życie od świąt do świąt. Śpieszmy się. Czas, wiadomo, to biały królik, którego nigdy się nie dogoni, a podczas wyścigu można najwyżej wpaść w jakąś dziurę. Śpieszmy się, poznawajmy, żyjmy, próbujmy, nie pozwólmy niczemu nas pominąć.

A nie!
Zostańmy w łóżku. Pada deszcz w końcu, warto go posłuchać trochę.
Stopa zawinęła się w prześcieradło.
Za zasłoną nie ma dnia, jest produkt dniopodobny, czyli nadal noc.
W takich okolicznościach przypomnę sobie sztukę przeciągania.
Ręce do góry, stopy w dół, kręgosłup skręcić jak śrubę, wydać z siebie dźwięk zwierzęcia...
Westchnąć.

I dopiero wtedy całą duszą oddać się pierogom i całej reszcie.
Świątecznego Wam!




czwartek, 18 grudnia 2014

Olive na święta


Gdy czytałam książkę*, wyobrażałam sobie jej dom jako moment niezręcznej ciszy.
I podoba mi się, że film* spełnił moje wyobrażenie.
Jej dom jest ciszą. Przerywaną stukaniem noża na desce do krojenia, szumem wody lub maszyny do szycia, drapaniem psich pazurów po podłodze. Nawet gdy gra radio, to jakby nie grało. Gdy ludzie do siebie mówią, to jakby mówili do powietrza, nie do siebie, jakby tylko wypowiadali zdania, ale ze sobą nie rozmawiali. Taki rodzaj domu, w którym ludzie wtapiają się w ściany, stają się niewidzialni dla siebie i przezroczyści dla innych.
Dom z horroru i...




...dom udawany.
W którym szacunek jest powierzchowny, a czuć jak woń gotowanej kapusty ledwo ukrywaną niechęć i pretensje o swoje zmarnowane życie. Dom, gdzie nie ma miejsca na szczerość, łatwiejsze jest bowiem skinięcie głową i przyjęcie tego sformułowania, które w człowieku zabija wszystko: jest jak jest. Dom, w którym namiętność oznacza grzech, stratę energii i pieniędzy. Dom pozornie pozbawiony kompleksów, znający swoją wartość, a dzień w dzień powtarzający do znudzenia te same kwestie i odpowiadający na te same pytania: czy wypada, czy można, tak wypada, tak trzeba.
Olive Kitteridge, bohaterka moich tegorocznych świąt, gdy się spojrzy na nią pierwszy raz, człowiek niemal od razu prostuje kręgosłup. Wzbudza szacunek, ale i każe się trzymać na dystans wyciągniętej ręki. Onieśmiela podejściem do życia, nauczycielskim doświadczeniem, tonem głosu, który zdradza, że ona wie więcej. 



A wie mniej, a może nawet nic nie wie. Przez lata trzymała się swojej wersji życia, nie dopuszczając myśli, że są inne sposoby na spełnienie. Starała się być w porządku, ale jak mawiała bohaterka Sześciu stóp pod ziemią: Jeśli traktujesz życie jak automat, do którego wrzucając cnotę, masz nadzieję wyciągnąć dobroć i szczęście, srodze się zawiedziesz... Olive i jej dom, cały w porządku: porządny mąż i porządny syn, niemal jak z amerykańskiego filmu. Olive jest tym syta, jak syta jest dobrym posiłkiem w dobrej restauracji: Stek. I ziemniaka. Pieczonego. Wielkiego jak pański kapelusz. I krem ze szpinaku [...] na deser zjadłam pokaźny kawałek pysznego sernika. Z truskawkami.
Jednak mąż ma swoje tęsknoty, jest zbyt wrażliwy jak na standardy Olive, irytujący ze swoją czułością, miękkością — jakoś nie przystaje do ciasnego koka swojej małżonki. A syn... Syn ma pretensje do matki. Synowie mają zawsze pretensje do matek, o wszystko i o nic. Swoim życiem i kontaktami z dziewczynami potwierdza to, co napisał Romain Gary: Ilekroć kobieta bierze nas w ramiona i przyciska do serca, są to tylko kondolencje. Zawsze powracamy na grób matki, by wyć nad nim jak opuszczony pies*. Olive szturchała swoje dziecko od urodzenia, kąśliwymi uwagami i wygórowanymi ambicjami, aż uciekł od niej na drugi koniec kraju i nie chce wrócić, choć tęskni...




I nadchodzi czas, kiedy cisza w domu Olive jest prawdziwa: mąż umarł, syn odszedł, zostało tylko trzeszczące radio i pojękujący ze starości pies. Cisza, w której podzwania jedynie satysfakcjonująca myśl, że kiedy będzie dość, kiedy odejdzie też pies, kiedy pustka będzie nie do zniesienia, Olive będzie mogła wreszcie pójść w ślady swojego ojca i zakończyć swoje życie. Bo wie, że samotność może zabić — na rożne sposoby potrafi naprawdę doprowadzić człowieka do śmierci. Właściwie możliwość zadecydowania o momencie odejścia definiuje egzystencję Olive — to, że będzie mogła skończyć, kiedy tylko zechce. Ta myśl ją upaja, upala, unosi, Olive rozkoszuje się nią, także wtedy, gdy bywa ostra wobec innych, protekcjonalna, zimna, momentami wyniosła. Nie podejrzewa tylko, że przyjdzie taki moment, że zachce jej się żyć...
Niewyobrażalne dla kogoś o tak poukładanej konstrukcji jak Olive.
A ja znajduję w tym lekko perwersyjną przyjemność, gdy mogę patrzeć jak takie żelazne damy radzą sobie z niespodziewanym uczuciem. Zagubienie i wstyd, czasem panika, ucieczka, ale najciekawiej jest, gdy się temu poddają, nie wierząc własnym oczom, jaka jest siła tego, co je porywa i jakie one same są silne, by to przyjąć i się tym cieszyć. Cieszyć się! Jeszcze z trudem przechodzi przez gardło, choć już czuć wibracje w ciele, łaskotki przyjemności płynące z możliwości pokochania kogoś/czegoś bez nadmiernych oczekiwań. I wreszcie po latach pozwolić sobie poczuć żal. O co i do kogo — tu już zostawimy Olive z jej bólem, mamy w końcu swój własny...

A więc święta. Znów.
Cieszmy się, po prostu.
To wystarczy.


..............................
* Miniserial HBO Olive Kitteridge, reż. Lisa Cholodenko, 2014. Nagroda na festiwalu w Wenecji i przejmująca rola Frances McDormand .
* Elizabeth Strout, Olive Kitteridge. Tłum. Ewa Horodyska. Książka, na podstawie której powstał serial HBO. Cytaty z tego wydania.
* Romain Gary, Obietnica poranka. Tłum. Jerzy Pański.