poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Chleb

Bochenek baltonowski.
Gładki jak kamyk płukany długo przez rwącą rzekę. Błyszczący blaskiem dobrobytu. Twardy i ciężki, bo dawniej jeszcze nie znano tej sprytnej metody wtłaczania powietrza do wszystkiego, co się da i rozmuchiwania garstki pyłu w białą wielką bułę.
Nosiłam dużo takich bochenków do domu i nigdy nie doniosłam całego. Zawsze musiałam oderwać lub odgryźć kawałek, szarpnąć zębami. Były dni, że oskubałam chleb z połowy skóry i na stole w domu kładłam goły, drżący miąższ. Nie pamiętam, bym dostała kiedykolwiek za to burę. Babka za dobrze pamiętała głód jeszcze sprzed wojny, by bronić dzieciom chleba.

Czasami, jak się powiedzie, trafia się kromka z miękką jeszcze ciepłą brązową skórką. Można ją od razu odgryźć i schować w pięści, rozkoszując się najpierw miękiszem, a potem przez całą drogę ssać, póki i skórka nie rozpłynie się w ustach. A później długo jeszcze wyszukiwać na dziąsłach i językiem przesuwać ku zębom napęczniałe okruszki*. 

W pewien letni poranek chleb dowieźli tak gorący, że zamiast w rękach, trzymałam go w nosidle zrobionym z sukienki — leżał sobie w kretonie w kwiatki i puszczał do mnie oko. Ale już chwilę potem siedziałam na krawężniku, bo wstydziłam się wysoko podniesionej sukienki i tych spojrzeń na moje nagie uda. Siedziałam na krawężniku ze stygnącym chlebem na kolanach i właściwie już wiedziałam, że żaden dzień w przyszłości nie będzie dla mnie bardziej łaskawy, że nie będzie więcej takich momentów, w których nie brak będzie niczego: słońca, chleba i poczucia, że życie przede mną.



.......................................
* Dina Rubina, Po słonecznej stronie ulicy. Tłum. Margarita Bartosik.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Szampana!


Zaczynam zaliczać do swoich licznych hobby poszukiwanie kobiet bez granic, bez uprzedzeń, z zacięciem, talentem i czynnikiem X (i wcale nie musi to być uroda), sprawiającym, że trzęsą epoką, w której żyją. Biorą sobie ze świata i z życia, co tylko chcą, zwyczajnie, jakby brały ziemniaki w warzywniaku. Czytam o kobiecie na fotografii powyżej i nie wierzę, by jej życie nie było scenariuszem napisanym przez scenarzystę o nadmiernie wybujałej wyobraźni i nikłej znajomości realiów. Ale — jeśli wierzyć źródłom — wszystkie jej przygody to prawda i tylko prawda! Hiszpanka Carolina Otero, zwana La Belle Otero to czysta prawda!

Hazardzistka — w kasynach świata przepuściła miliony franków i miliony funtów. Żeby mieć pieniądze na ruletkę, w ciągu jednego wieczoru wpuściła do swojego łóżka jedenastu panów. Gromadzenie fortuny szło jej łatwo, za minutę z nią płacono tysiące funtów (podobno mawiała: żaden mężczyzna z otwartym rachunkiem u Cartiera nie może uchodzić za brzydkiego), baronowie wręczali jej klejnoty, które kiedyś zdobiły głowy francuskich królowych, a amerykańscy milionerzy fundowali jej jachty, domy, otwierali dla niej nielimitowane konta w bankach. Żyła dostatecznie długo, by przepuścić całą fortunę, a oprócz wrażeń i wspaniałych wspomnień panom — wszystkim zostawiła na pamiątkę swoje piersi, których kształt zainspirował projektantów kopuł hotelu Carlton w Cannes, wybudowanego w 1912 roku.

Zastanawiam się, czy żyjemy w nudnych obyczajowo czasach? Brzmi nieco niedorzecznie, ale coraz częsciej mam takie wrażenie. Bo czy dziś, w świecie, w którym mało czego nie wolno i wszyscy wszystko wiedzą i widzą, mogłaby się narodzić taka Carolina, która przeszła przez świat romansując z królami Belgii, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii, z księciem Monako, z rosyjskimi księciami, włoskim pisarzem, potomkami arystkokratycznych rodów, amerykańskimi milionerami? Co by jej zrobiły współczesne massmedia? Czy przetrwałyby dzisiejsze dynastie królewskie, gdyby La Belle Otero oczarowała jakiegoś pretendenta do tronu? Jaki wyrok wydałyby na nią bulwarówki, gdyby odkryły, że z miłości do Caroliny strzeliło sobie w głowę z tuzin panów, a jeszcze paru innych pojedynkowało się z jej imieniem na ustach?


Carolina bez wątpienia miała ten czynnik X. Tancerka, aktorka, kurtyzana. Wyrzucona z domu, gdy miała 14 lat i niemal zaraz — po serii niewiarygodnych zbiegów okoliczności — została gwiazdą Folies Bergère, tańcząc flamenco w taki sposób, że panowie nie kryli podniecenia. Kiedyś napisała: Tańczyłam jak dzika, szalona, napełniając taniec ekstazą, jaką budziło we mnie samo życie. Gdy odtańczyłam fandango, podszedł do mnie jakiś mężczyzna i powiedział: „Nawet mnich o najsurowszych obyczajach, żywiący się wyłącznie jarzynami i wodą, widząc panią w tańcu, mademoiselle, cisnąłby w diabły swoje sandały razem ze ślubami czystości". A gdy pojechała podbijać Amerykę, w porcie witało ją czterdziestu mężczyzn, każdy z żółtą różą i czerwonym goździkiem, symbolizującymi barwy Hiszpanii.

Lubię takie dziewczyny. Nie patrzę na nie jak na zawoalowane prostytutki, ale jak na śmiałe panny, które nie żerują na naiwnych, znudzonych panach, tylko na kobiety, które potrafią wykorzystać swoje atuty, odpowiednią chwilę i hojność spotykanych przez siebie ludzi. Każdy z nas by tak chciał, tylko nie wie jak, wstydzi się albo boi (albo jedno i drugie) i z zazdrości powołuje się na moralność, której sam nie przestrzega. Paradoksem naszych czasów jest to, że tak często zdejmuje się bieliznę na scenie, że nikt tego nie zauważa, a jednocześnie piętnuje się tych, którzy odważą się żyć po swojemu.

A może to kwestia szampana, w którym się kąpała, by zachować urodę? Najpierw w wodzie, potem w białkach jajek, a potem w szampanie. Szampana! Dajcie szampana, czas na kąpiel i zdobywanie świata! Oprócz przepisu na kąpiel młodości, zapamiętać bowiem zamierzam kilka błyskotliwych myśli Caroliny, na przykład: Fortunę zdobywa się śpiąc, ale nie wtedy, gdy się sypia samemu. I zamierzam ją realizować, choć nie dosłownie, ale chcę pamiętać, że każda sposobność jest dobra, by z życia wycisnąć więcej niż zezwala nam nasze wychowanie i że warto każdą z decyzji obejrzeć jak drogi kamień — oszlifowany tak, by jego załamania odbijały światło pod różnymi kątami — i mieć świadomość, że zawsze można zmienić zdanie i zdecydować na nowo, choćby dla zabawy i przyjemnych wspomnień.

Jaka to radość móc ofiarować Ci wszystko, czego zapragniesz. Jakież szaleństwa gotów bym popełnić, by sprawić Ci radość. Świadom jestem, jak nieroztropne są me czyny. Lecz tym gorzej dla mnie...*


......................................
* Korzystałam ze świetnego artykułu Emilii Kunikowskiej w portalu Onet, pełnego niewiarygodnych szczegółów z życia Caroliny, także dotyczących tego, jak hojną i czułą była osobą. Podobno Otero napisała autobiografię, ale nie udało mi się potwierdzić tej wiadomości.
* Zdjęcia Otero pochodzą ze strony wonderings.net., gdzie zamieszczono reprodukcje modnych na początku XX w. pocztówek z popularnymi tancerkami.
* Tańczącą Carolinę można zobaczyć pod koniec tego klipu.
* Z listu arcyksięcia Piotra do Caroliny.

środa, 2 kwietnia 2014

Mille-feuille


Szafy otwarte, przewietrzone. Kołyszą się na wieszakach jak puch lekkie, jak krem miękkie i jak mgła nieco tylko nieprzezroczyste.
Sukienki na wiosnę.
Jedna jest biała zupełnie, z koronką nicianą. Z podszewką, która chłodzi kolana w gorące dni.
A obok inna, kretonowa, kolorowa, zielono-żółta, szparagowa.
I jeszcze tamta trzecia, batikowa, egzotyczna, pachnąca kawą Afryki.
Ale najważniejsza jest ta ostatnia, warstwowa, mille-feuille, tysiąc tiulowych płatków nałożonych na siebie. Szeleszcząca jak francuskie ciasto. Miała taką Carrie w finałowym odcinku serialu o wielkim mieście, miała niejedna panna młoda.

A pomiędzy warstwami crème de la crème — wiatr, który pachnie wiśniami, które dopiero będą, komplementem, który nadejdzie, rumieńcem, którym spłonie policzek. A pomiędzy warstwami wiosna, która spaja dni niczym najdelikatniejsza różana konfitura i nadaje czasowi niespotykaną płynność. To będzie muzyka tego miesiąca, to nieśmiałe szeleszczenie warstw i szum materiału. Najładniej zaszeleści, gdy wyjdę w tej chmurze na pole, zrzucę ze stóp gumowce i w gołymi stopami zakopię się po kostki w ziemi. Przebiję mille-feuille chłodnej gleby, przywitam krety i dżdżownice, licząc na to, że nikt nie pomyli mnie ze strachem na wróble...


czwartek, 27 marca 2014

Kruszy się, sypie



Sypie się z nieba styropian. Albo to wciąż śnieg.
A może jednak płatki z jabłoniowego drzewa... Ze śliwkowego i czereśniowego. Już się sypie, sama widziałam i wytrząsałam potem z włosów. Doczekałam kolejnej wiosny, zimna jest, jeszcze niedostępna, ale w końcu przecież się otworzy, pęknie na niej skorupa i wylęgną się światło i zapachy z tej i nie z tej ziemi.

Czas przygotować sukienki, świetliste, mgliste, złociste, choć nieoczywiste. Wykrochmalić koszule, wypolerować guziki, fartuchy wybielić na rosie, obrusy rozesłać na trawie.
A w talerze białe — błyszczące jak księżyca twarz — złapać trochę tej słodkiej kruszonki, co to na pewno z nieba spadła!


piątek, 21 marca 2014

B(e)ziki

Takie małe i takie białe. Jedne dzieciaki mówią na nie chmurki. Inne, nie mogąc zapamiętać, nazywają je bzikami. Nie da się ukryć, że mają w sobie sporo pozytywnego wariactwa. Coś z niczego, z białka i powietrza, z cukru i chęci, by się udały. Waga piórkowa, biel wzorcowa, smak, który w człowieku otwiera drzwi do swawoli.

Sandra Reed była biała jak beziki. Urodziła się w 1945 roku dosłownie biała. Kobieta albinoska. Białe włosy, skóra, oczy pewnie jasnoniebieskie, rozwodnione. Sandra ma łagodną twarz i niezłego bzika, bezika, bo kiedy ma nieco ponad 20 lat zaczyna łykać ostre przedmioty.


Francuskie bagnety, japońskie miecze i to pięć-siedem naraz — w slangu połykaczy noży nazywa się to kanapką... Występuje w cyrkach i różnych show, które kochają Amerykanie. Jest fantastyczna w przyciąganiu uwagi publiczności. Zawsze lubiłam bawić ludzi i ich poznawać — mówiła Sandra w telewizyjnym wywiadzie*. Stojąc na scenie, z gardłem pełnym żelastwa, potrafi w najbardziej emocjonującym momencie klęknąć na jedno kolano. Bezik!

Chciałbym wiedzieć, co ona sobie wtedy myślała, wtedy, gdy musiała patrzeć w niebo, by maksymalnie wyprostować przełyk. A może zamykała oczy i rozmawiała ze swoim ciałem, by było posłuszne i przyjęło tak nietypową kanapkę? Może niecierpliwie wyczekiwała tych momentów, w których zimna stal chłodziła jej gardło i dotykała migdałków? Czy są w ogóle jeszcze na świecie połykacze mieczy, by można było z nimi pogadać i się dowiedzieć, jak to jest? Pewnie mogłabym spróbować sama, właściwie czemu nie, ale do tego trzeba mieć niezłego bzika, którego ja nie mam. Mam natomiast bzika, by czytać o ludziach podobnych Sandrze i jej siostrom, jej mężowi Haroldowi "Big Jimowi", który był facetem ogromnym i wraz z nią występował w różnych show, gdzie przewijały się masy ludzi nazywanych na plakatach freakami. Bzikami, bezikami...

Sandra Reed z siostrą (u góry) i Sandra połykająca miecze (na dole). Fotografowała Diane Arbus.

Wytężam pamięć i zastanawiam się, co najbardziej szalonego w życiu zrobiłam. Ale nawet jak sobie przypomnę, to nie powiem. To nie są rzeczy, którymi trzeba chwalić. To są momenty, które trzeba kolekcjonować i po czasie oglądać z niedowierzaniem jak monetę przypadkiem odnalezioną w kieszeni marynarki. Takie momenty wcale nie muszą dotyczyć łykania miecza, robienia zdjęć na iglicach najwyższych budynków świata lub skakania ze spadochronem. Może to być choćby odezwanie się do kogoś, kto nas onieśmiela lub wysłanie zdjęcia na konkurs, w którym nikt nie daje nam szans. Takie są i moje bezikowe kanapki.

Sandra mnie zachwyca swoim spokojem i pogodzeniem ze sobą i swoją bielą. Choć może pogodzenie nie jest najlepszym słowem. Ona się cieszy, że jest inna, bo jest niezwykła, dzięki temu zdobywała zainteresowanie i przyjaciół, nie tylko wśród cyrkowych bezików. I pewnie to dla mnie — kompletnego normalsa — jest najtrudniejsze do zrozumienia i powód do drobnej zazdrości...

....................................
* Sandry, jej męża i innych bezików można posłuchać w wywiadzie Richarda Lamparskiego z 1979 roku — całość pod tym linkiem.


czwartek, 13 marca 2014

Mapa świata XV


...............................
* cytat z kartki wysłanej z Katowic 
przez Stanisława Wyspiańskiego do Lucjana Rydla 12 lipca 1898. 

sobota, 8 marca 2014

Pięć tulipanów

Były już róże i stokrotki były.
Ten rok przyniósł pęk tulipanów dla pań, które kocham szczerze. Dla kobiet o talentach, urodzie i mądrości. Dla tych, co się nie boją siebie, swoich przekonań i dla tych, co zdobywają świat delikatnością i subtelnością. Dla kobiet, które poruszyły we mnie czułe struny, nadały kolor dniom powszednim lub zwyczajnie — pozwoliły cieszyć się swoim towarzystwem.

Tulipan dla Joanny Bator
Nie mam zbyt wielu ulubionych pisarek. Może dwie, a może nawet nie. Pielęgnowałam starannie moje oddanie do nich, a pani Joannna wpadła i jak to mówią: pozamiatała. Wzięła mnie z zaskoczenia i rozkochała w sobie umiejętnością formowania słów jakby były z plasteliny. Komponowaniem scen, na które patrzę z góry, zaglądając jak przez dach domu dla lalek. Ujęła mnie brakiem litości w odsłanianiu kołtuństwa, lenistwa, uległości, fałszywości uczuć i nie tylko kobiecej przebiegłości, by zdobyć, co się uważa za swoje i słuszne. Po lekturze Chmurdalii i Piaskowej Góry stwierdzam, że są to najlepsze diagnozy polskich chorób, jakie napisano od lat. I właściwie się nie dziwię, że nie są lekturą obowiązkową w naszym kraju — i nie zdziwiłabym się też, gdyby robiono wszystko, by o tych książkach szybko zapomniano, wszak dla wielu rewolucja to strata czasu i szczytem szczęścia powinno być niemącone przez nikogo moszczenie sobie dołka w kanapie i czekanie na dobrze rozbite kotlety, które doniesie jakaś Jadzia.
Dodać trzeba, że to właśnie Joanna Bator przyprawiła mnie o spazmy śmiechu nad lekturą — w scenie bójki Jadzi Chmury z matką księdza Adasia (To już nie Jadzia Chmura, to Bruce Lee).Doceniam tym bardziej, że przez wszystkie lata czytania książek doświadczałam czegoś podobnego niezwykle rzadko.

Tulipan dla Leny Dunham
Dla tej, która napisała serial Dziewczyny. Lena nie jest z mojego pokolenia, ale doprawdy rozpoznaję w niej i w jej przyjaciółkach siebie sprzed dziesięciu lat i w ich problemach dostrzegam te, z którymi się zmagałam. Z tą koniecznością zaistnienia w świecie, odróżnienia się od rodziców i rówieśników, chęcią samowystarczalności połączoną z jednoczesną i niemożliwą do zastąpienia potrzebą miłości. Szanuję Lenę dodatkowo za odwagę bycia sobą w epoce neuroz, rozdętego ego, niezdrowej chudości i wystających żeber. I to własnie ona jako jedyna z czterech koleżanek coś robi, pracuje nad sobą, pracuje nad związkiem i nad swoim pisaniem. Oswaja demony i stara się zrozumieć co nieco z zastanej rzeczywistości. Poza tym naprawdę lubię, gdy dosypuje się trochę pieprzu do lukrowanego obrazu Nowego Jorku, aż wydaje się prawdziwym miastem, a nie sztucznym tworem z błyszczących pocztówek.



Tulipan dla Agnes Obel
Słucham jej w tym roku. Lubię czystość jej głosu, jego dźwięczność. Zostaje mi w głowie, jak zostają mi w uszach jej wydawałoby się proste melodie. Przypominają mi te wszystkie wiejskie historie, ale historie z dramatycznymi, czasem wręcz tragicznymi nutami, których się nasłuchałam w dzieciństwie i których czasami byłam świadkiem. Niektóre z jej piosenek są jak odsłonięcie rolety i podanie ust słońcu, inne jak łyk orzeźwiającej lemoniady, wejście w nurt rzeki, w nurt świeżej wody, w błękit, który może ukąsić. Niektórymi utworami zwołuje do siebie ptaki, w innych szuka bestii. Agnes bywa tajemnicza, lekko zawieszona ponad ziemią, bywa zdecydowana i szybka, ale lubię ją chyba najbardziej za brak pretensji i zwiewność, za mądre zdanie: Drink a toast to the sun/To the things that never come i za krótkie fortepianowe Falling, Catching, za to preludium, które włączam sobie, gdy muszę iść do świata i tam wyrąbać dla siebie kawałek przestrzeni.

Tulipan dla Judi Dench
Ona pięknieje z roku na rok, twarz łagodnieje, oczy błyszczą, włosy szlachetnieją. Odkryłam ją późno — choć widziałam już w genialnym Hamlecie z 1995 roku. Widziałam i w Czekoladzie, i w Zakochanym Szekspirze, ale przyglądać się zaczęłam chyba dopiero po Kronikach portowych, w których tak pięknie pokazała mądrość, jaką kobieta może zdobyć, gdy się postara i nad sobą popracuje. Judi jest dla mnie uosobieniem kobiety, która wie, która oczyściła swoją rzekę, ale podczas nabierania mądrości, nie straciła poczucia humoru, dystansu do siebie i świata. Umie być figlarna, frywolna, lekko zawstydzona w swoich rolach, ale umie też być przebiegłą, nieco bezwzględną mącicielką albo też stateczną matroną, która nosa nie wyściubiła poza granice swojej wioski. Jej twarz jest niesamowicie ponadczasowa, uniwersalna, plastyczna, genialnie odnajduje się w rolach historycznych i współczesnych dramatach. Gdy jej długo nie widzę, to tęsknię naprawdę, trochę fizycznie, jak się tęskni do ukochanej ciotki, co ma w zanadrzu tysiąc historii i zrozumienie dla młodszych od siebie.



Tulipan dla E.
Osobisty podarunek dla E., która w ciągu ostatniego roku pokazała mi swoim życiem, że nic nie jest na zawsze i że jak coś uwiera, to trzeba stanąć i wytrząsnąć z buta kamień, a nie zaciskać zęby i udawać, że wszystko jest w najlepszym porządku. Że nie ma co czekać na lepsze momenty, bo one nie czekają na nas, tylko my musimy je sobie sami zorganizować. I że jeśli coś w życiu boli, to dobrze, bo to nie ból jest groźny, ale zobojętnienie. Patrzeć na zmiany w jej życiu było pożyteczniejsze niż najlepszy scenariusz filmowy z bohaterem stawiającym życie na głowie. Wziąć dzieci i tobołki, przenieść się do miasta daleko od miejsca, gdzie się przeżyło trzydzieści lat i tam zorganizować życie, otworzyć na emocje, na nowe znajmości, na miłość. Cenna lekcja patrzeć jak przygodę można znaleźć wtedy, gdy wydaje się, że już nic nas nie spotka, gdy się tego boimy lub nawet nie chcemy. Bo jeszcze się taki nie urodził, by nurt życia zagrodził, więc lepiej się poddać temu wartkiemu strumieniowi niż stać na brzegu i biadolić.

I tulipany dla Was wszystkich, moje drogie Panie — w podziękowaniu za Wasz czas tu spędzony i za dobre słowa, które do Was dostałam. Życzę Wam jeszcze więcej energii, pomysłów i przyjemności!
Bądźcie szczęśliwe i piękne!