poniedziałek, 16 lutego 2015

Za trzecią córkę

Zenek szedł rano wypasać świnie. Pędził je pod las, aż za pole kukurydzy. Już dawno świtało. Puste łodygi lebiody głucho trzeszczały pod butami. Na horyzoncie pojawiło się światło, bladożółte, na brzegach zupełnie szare. Ziemia przy samej granicy z niebem powoli się rozgrzewała, parując dojrzałym zapachem kapusty i marchwi. Nad polem chodziła mgła, świnie plątały się w niej jak w pajęczynie, uciekały, odganiały się, prychały na prawo i lewo. Od lasu na rowerze jechał Józek, co chwila podpierając się nogą, która ginęła w mokrej trawie, jakby szukała tam czegoś. Ledwo udało mu się zahamować tuż przy Zenku. – Piją jeszcze? – No – Józek odepchnął się z całej siły i pojechał do wsi. Świnie, znudzone czekaniem, porozłaziły się w kukurydzianym gąszczu.

Pili w stróżówce Świerszczyńskiego. Za trzecią córkę Zająca, który stał na peronie i wymachiwał lizakiem, wrzeszcząc na całe gardło. – Fiuuu – udawał dźwięk niby przejeżdżających pociągów i na pożegnanie podrzucał do góry czapkę. Stary Bogdan przysnął na stole, z głową w talerzu. Słońce wstawało powoli, leniwie budząc się z krótkiego letniego snu. Ciepłymi plamami obejmowało szyby i puste butelki po wódce. Właściwie wszystko, co szklane, poddawało się słońcu bez cienia sprzeciwu, pozwalając przepływać przez piaskową strukturę i bić blaskiem po oczach ile wlezie. Świerszczyński obudził Starego Bogdana. Kazał mu zejść z jedynego krzesła w stróżówce. Ten podniósł się z trudem i osuwając się po ścianie, usiadł na podłodze. Zdołał wlać w siebie jeszcze kieliszek wódki i skulił się w kącie pod oknem. – Szlag by trafił – mruknął do siebie. Ogarnął go ciężki sen. Niczego nie mógł sobie przypomnieć, nie tak jak Zając, po wielu latach odtwarzający każdy drobiazg, który z lizakiem w dłoni zapuścił się na pole kukurydzy. Zenek łaził bez celu za świniami, podpierając się leszczynowym kijem. – He, już koniec? – zarechotał do Zająca. – Co ty, Zenek, nie zaczęliśmy nawet. Świerszczyński stawiał wtedy krzesło na stół. Zarzucił linkę do wiązania worków z pocztą na belkę tuż pod sufitem. Zdjął buty i czapkę. Próbował zmówić pacierz, ale alkohol zbyt mocno szumiał mu w skroniach. Słyszał swój pot, który spływał po plecach gęstym strumieniem. Serce huczało pod koszulą. – Ojcze nasz... – niedokończona modlitwa nie dawała mu spokoju. – ... jest w niebie... Stary Bogdan zachrapał i przewrócił się na lewy bok. Świerszczyński myślał szybko. – Teraz albo już... Kątem oka zauważył słońce w oknie stróżówki. Usłyszał świst. – Ósma dwadzieścia do Miastka – objął rękami belkę, uniósł nogi i zepchnął krzesło ze stołu. Belka zachrypiała cicho, z sufitu poleciał tynk, a stary Bogdan przywarł oddechem do ściany.


Przed dziesiątą wszyscy wiedzieli. Zając wrócił do stróżówki, bo zaschło mu w gardle. Stanął w progu i zdawało mu się, że śpi, śni, majaczy. Nie krzyknął, otworzył tylko usta i wzrokiem próbował doprowadzić do równowagi, lekko jeszcze bujającego się, Świerszczyńskiego. Wrzasnął dopiero na schodach. Łapał powietrze z trudem, przytrzymywał się poręczy, bo stopnie uciekały mu spod butów. Zatrzymał się na chodniku po drugiej stronie ulicy. Zostawiał za sobą grupy ludzi, zastygłych w ciekawości przy płotach. Szedł za nim pomruk przerażenia, przyczajony na nogawkach spodni.




Na progu stróżówki było już zimno. Wieśka podkurczyła nogi. Leżał tam, w pokoju, na gołej podłodze. Na twarzy miał chustkę, ktoś włożył mu różaniec do ręki. Palce wyprostowane, prawie białe, a wschodzący księżyc prześwietlał je dodatkowo pustym, perłowym żarem. Ksiądz nie przychodził. Otworzyła usta, niepewna, czy ktoś ją jeszcze słyszy oprócz Boga. – Ty mnie chyba nigdy nie kochałeś. Jak przychodziłam w środku nocy z płaczem i mówiłam uspokój mnie, uspokój, śmiałeś się w oczy i koszulami, co je rano prasowałam, czyściłeś sobie buty. Mielone bez majeranku do śmieci, ciasto, takie dobre ciasto, w niedzielę świniom do koryta. Jak tylko Zenek zajrzał przez okno, zdzierałeś ze mnie bluzkę, Zenek widziałeś kiedy coś takiego? Zenek uciekał czerwony jak burak, a ty bluzkę wrzucałeś do ognia. Gdzie ja cię znalazłam, gdzie cię szukałam, po co? Gapiłam się na ciebie z krzaków, doiłeś krowy, ramiona chodziły równo jak w zegarku, góra, dół, dotykałam swojego biodra, myślałam jak to jest, jak łapałeś dziewczyny za uda, jak je kładłeś na ziemi za oborą, udeptywałeś trawę tylko, piach zdmuchiwałeś im z włosów, zgarniałeś kamienie pod głowę. Palce gryzłam do krwi. Mało ci było wszystkiego, wypłaty, wódki, zwykłej śmierci. No to masz, możesz się teraz śmiać, wygłupiłeś się jak mało kto. Wąski pasek słońca tuż nad świerkami oderwał się od drzew i zakłuł ją w oczy. Papa na poczekalni parowała szybko, całe ciepło oddając komarom i muchom, które, głupie, cicho przyklejały się do dachu. Gołębie stuliły skrzydła, chowając pod pióra zapach rozgrzanego powietrza. – Pamiętasz, jak twój stary wlał nam kiedyś na gołą dupę paskiem, jak w żniwa nie poszliśmy na pole, a cały dzień leżeliśmy w sianie? Odciskałeś mi ręce na plecach jak w ciepłej glinie, czasem jeszcze oglądam się w szybie, widzę palce na łopatce. Ile razy łapałeś mnie za włosy, jakbym chciała ci uciec, a nie uciekłabym nigdy, ile razy w stróżówce rozgryzałeś mi dolną wargę, ile razy smakowałam krew jak największe szczęście, ile razy kopałeś mnie w łydki, jak nie chciałam, żeby jakaś spała w naszym łóżku? 
Popatrzyła na ogród przy poczekalni. Dziki bez, co go można tylko obracać językiem, nie rozgryzać, bo zatruje, grzał jeszcze, owoce błyszczały jak zaklęte. Pod płotem stygły skłębione kępy traw, nabrzmiałe nasionami, wysuszone sierścią tarmoszących się psów. Ksiądz ledwo oderwał od ciała Wieśkę, która całowała zimny brzuch Świerczyńskiego, rozcierając włosami łzy, które kapały do blizny po wyrostku. 

Zenek pędził świnie zboczem pagórka, wymachując cienką wierzbową witką. Drozd wypuścił konie na łąkę i przypalił pierwszego papierosa. – Ładnie będzie – powiedział do najmniejszego ze źrebaków, który wyskubywał trawę spod jego butów. W topolach już błyskało srebrem.

wtorek, 10 lutego 2015

Jasny włos

Chociaż jestem mieszkańcem miasta, jednak szczerze kocham przyrodę — powiedział mrużąc oczy. — Zwłaszcza, gdy ją dopełnia postać dziewczęca, znajduję w tym coś turgieniewowskiego. Chodźmy do lasu*. Tak kusił Daszę flirciarz Siemion Siemionowycz. Las latem jest bowiem tym, co we flirciarzach wywołuje nieugaszoną chęć przygody, a świeże powietrze burzy krew, dotlenia pożądanie i nagłą potrzebę grzybobrania...

Co ty, co ty pamiętasz z lata?
Zdasz ten test, gdy pamiętasz wiatr nad łąką, który niesie liście, jeden długi jasny włos i szeleszczące torebki po czipsach. Gdy wciąż widzisz przed oczami muchy kąpiące się w kałuży i suszące sobie skrzydła w ciężkim upale tego jedynego gorącego dnia lipca. Gdy masz pod paznokciem piach znad rzeki i wciąż kopiesz dołek, by w nim schować skarby z jeziora, muszlę i gładki kamyk, które dziecko niczym diament złożyło ci na dłoni...


Tylko to warto pamiętać zimą. Gdy mrozu nie ma, gdy wszyscy za nim tęsknią, gdy Alpy za daleko, za oknem mało biało, gdy dość kremów z marchwi i naleśników. Gdy lekkie anegdoty nie wytrzymują szarości i nieustających roztopów. Ale kiedy przechodzę obok choinek wystawionych przy śmietniku i nagle dojdzie do mnie resztka zapachu igliwia i żywicy, wracam myślą do letniego lasu, w którym Siemionowycz emablował Daszę i to za lasem właśnie tęsknię coraz bardziej: Kiedy kobieta pozostaje sam na sam z mężczyzną, powstaje w niej naturalne pragnienie należenia do niego, w nim — owładnięcia jej ciałem — zakaszlawszy powiedział Siemion Siemionowycz. — Pragnę, żeby była pani uczciwa i szczera. Niech pani wejrzy w głąb samej siebie, a ujrzy pani, że obok przesądów i fałszu, płonie w pani pragnienie zdrowej zmysłowości*.

No właśnie, gdzie jest zimą nasza zmysłowość? Może i jest, może uśpiona jak niedźwiedź w gawrze, pod grubą warstwą tłuszczu i pewności, że wiosną krew zacznie buzować energią pożądania czegokolwiek. A co, jeśli wiosny nie będzie, jeśli zima się nie skończy? Nawet chłodne lato jest lepsze od zimy, która udaje, że jest. Zawsze wrażliwa na pory roku, zgodna z ich rytmem, mam potrzebę obudzić się już teraz i wypuścić liść.



Tyle, że jeden rzut oka za okno i:
znowu zima zawiesza lampy nad śmiechem 
o któż by tam patrzył na godzin połamanych stos 

i ulga:
szczęście ono zawsze było lotne i lekkie jak jasny włos*



...........................
* oba cytaty z książki Aleksego Tołstoja, Droga przez mękę. Tłum. Władysław Broniewski.
* z poematu Józefa Czechowicza, Hildur Baldur i czas.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Nuda

Co robisz, gdy się znudzisz śmiertelnie?
Sobą?
Życiem?
Mężczyzną?
Kobietą?

Gdy lata spędzone we własnym towarzystwie smakują już tylko jak przeżuta po tysiąckroć guma balonowa? Najpierw próbujesz przeczekać, krzesać resztki energii, potem leniwiejesz i szukasz podniety w otoczeniu. Może jakiś kurs — gotowania albo szycia, modnie to teraz umieć jedno i drugie.... Odkrywanie rejonów języka, do których nie trafił jeszcze smak nowej polskiej kuchni, z pewnością okaże się ożywcze... Może dobry, krótki flirt, taki mocny, by poczuć na nowo przykurzoną lekko atrakcyjność, zew przygody w żyłach obudzić, męskość, kobiecość poszturchać słowem-obietnicą. Jeśli będzie z tego romans, czemu nie, weźmiemy i to, chyba że się człowiek przestraszy albo zsumuje czyjeś łzy i własne emocjonalne wydatki i odpuści.

Można też zagrać. W teatr się pobawić. Przebierać się. Życia zmieniać jak suknie.

Była księżna*, której pewien znajomy fotograf zrobił siedemset fotografii. To poniżej chyba wszyscy widzieli kiedyś, choćby przelotem. To jest teatr w postaci czystej, dziecięce figle i flirt z obiektywem w jednym. Moment krzyżowania się kosmicznych energii. Filuterny uśmiech, schowany za książęcą powagą, zaproszenie do odkrycia, co jest pod maską...

Księżna pozowała w każdym możliwym stroju. Była stateczną matroną i uwodzicielką, tancerką, bezdomną i wielką damą. Arabską dziedziczką, Szeherezadą, wieśniaczką w winogronach i królową w diamentach. Przywdziała każdy strój lub zdjęła prawie wszystko. Jednego nie umiała tylko zdjąć — spojrzenia pełnego nudy i znużenia sobą. Nie dało się tego przykryć żadnym makijażem, tego rozwodnionego spojrzenia kogoś, kto ma wszystko i nie bardzo wie, co z tym zrobić. Kogoś, kto wszystko dostał, a rozgląda się, jakby tu jeszcze udowodnić swoje prawo do brania, co mu się nawinie. Choć przecież więcej już nie mogła mieć — bogactwo, wpływ na świat, królów u stóp, ptasie mleko.



Chyba jestem jedynie gałązką winogrona założonym za ucho księżnej.
Kwaśne i niedojrzałe jeszcze. Na pewno nie na pierwszym planie.
Nie znam mocy wina, jakie po mnie zostanie.
Domyślać się mogę jak wpływam na świadomość innych moim sokiem. Pogoda sprawia, że każdego dnia smakuję inaczej, dlatego każdego dnia warto mnie próbować do pierzchnięcia języka.
Zakładam, że nawet, gdy nuda zwala z nóg, a codzienność-przyziemność nie ekscytuje, zakładam, że jest co ze mnie pić co dnia i ci, co pili do tej pory, nadal będą. Postanowiłam trwać i nie gubić już nikogo po drodze.

Pić Elderberry wine*




.......................................
* Na zdjęciu Virginia Oldoini, księżna Castiglione. Zdjęcie z ok. 1856 roku, jedno z ponad 700, zrobione przez Pierre-Louis Piersona. Księżna Castiglione, była kurtyzaną Napoleona III i miała realny wpływ na politykę europejską swoich czasów.
* śpiewał Elton John.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Wywijanie faworków


Ciocia Lodzia przychodziła do babci na kawę raz na tydzień.
Nigdy nie zdejmowała czapki, starannie upiętej na włosach kolorowymi wsuwkami. Siadała w fotelu blisko oszklonego kredensu i co moment zerkała w szybę, sprawdzając jak leży nakrycie głowy. Iskry z moherowych włóczek, krzesane na wszystkie strony, straszyły kota i odbijały się w szkle jak choinkowe lampki. Zabawne, że nigdy nie widywaliśmy jej latem, więc niemal natychmiast w naszym tajnym stowarzyszeniu na strychu uknuto teorię, że ciocia Lodzia nie ma włosów wcale, że ma tylko pasma przyszyte do czapki albo upięte szpilkami. Pewna jestem, że podejmowaliśmy próby, by to sprawdzić, ale nie przypominam sobie, z jakim skutkiem. Myślę, że z żadnym, bo gdyby się komukolwiek z nas udało, widok cioci Lodzi bez czapki byłby dla mnie obrazem nie do zatarcia.

W każdym razie babcia z ciocią kawkowały przy politurowanej ławie, a my, znudzeni knuciem na strychu, zaglądaliśmy co chwila do pokoju. W końcu — zniecierpliwiona babcia machała na nas groźnie — a ciotka wstawała z fotela i ogłaszała, że czas na wywijanie faworków. Ktoś zrozumiał wywijanie koziołków i już zaczęliśmy sobie wyobrażać furkoczącą czapkę ciotki podczas zabawy, kiedy na stole wylądowała kula ciasta i nożyki.

I właściwie takim to sposobem ciotka Lodzia w mojej pamięci zapisała się faworkami równie mocno jak czapką. Wykrajała z ciasta najcieńsze romby i nacinała je w środku, a my małymi palcami przewlekaliśmy ciasto przez dziurkę. Niby nic, żadne współczesne dziecko nie zaszczyciłoby tego zajęcia mianem „zabawy”, ale nasza fascynacja była ogromna. Nie tylko sztuczką z wywijaniem ciasta, ale i wrzucaniem go do gorącego tłuszczu i obserwacja, jak coś przyklejającego się do palców zamienia się w trzeszczące chrupkością gałązki.

A późnym popołudniem, zmęczeni i objedzeni, popijając herbatę i zlizując cukier z talerzy, siadywaliśmy na parapecie i patrzyliśmy jak czerwona czapka wędruje wśród drzew ogrodu, znika za furtką i toczy się w dół drogi jak słońce chylące się ku zimowemu zachodowi.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Wódka

Jeżeli jest jakieś zdanie, za które jestem wdzięczna Szczepanowi Twardochowi, to chyba za to jedno z najdłuższych w literaturze, zawarte w Zimnych wybrzeżach, a dotyczące wódki. Nie będę całego cytować, zajmuje bowiem całą stronę, zanotuję tu jedynie początek: Wódka, gorzałeczka, jakąż radość dał Bóg swoim dzieciom, kiedy pouczył je, jak należy destylować zacier ze zbóż lub kartofli, jak odlewać fuzle, rektyfikować, rozcieńczać, tak aby w końcu w szkle przejrzystym znalazł się napój jak kryształ, ogień z wodą ożeniony [...]. 

Wódko, wódeczko, kiedyśmy się spotkały po raz pierwszy?

Przypuszczalnie — kilkuletnia zanurzyłam język w kieliszku kogoś z rodziny, gdy ta zasiadała przy dziadkowym stole, nad bigosem i domową kiełbasą. Oczywiście taki numer — zamiast oburzenia — wywołał radosne śmiechy i żarty, że wcześnie zaczynam... Szczególnie dziadka to bawiło, klepał się po brzuchu z uciechy. Dla mnie wtedy te kieliszki, małe drobne, błyszczące w świetlistych plamkach z żyrandola, z dobrze zmrożonym płynem wewnątrz (dziadek trzymał wódkę zazwyczaj w szopie na drewno, zimą butelki były zatem dobrze schłodzone) były jak kulki marble, breloczek z przezroczystego plastiku z zatopionym w nim bursztynem, szklane, dźwięczące korale. Skarbem po prostu, świecidełkiem — a jeszcze dorośli po paru głębszych robili się tacy chwaccy, weseli, frywolni! Rodzice śmiali się głębokim głosem, a ciocia M. wchodziła wręcz w gwizdkowy rejestr i krztusząc się z rozkoszy, jaka grała jej we krwi, opowiadała przaśne, rodzinne anegdoty. Dziadek rozsuwał talerze z kiełbasą na bok i stawiał wnuki na stole i kazał śpiewać w zielonym gaju ptaszki śpiewają....

A potem już przy każdym rodzinnym spotkaniu spijaliśmy resztki i wycmokiwaliśmy krople z opróżnionych butelek w konkursie kto się skrzywi, ten głupek. Zaczynaliśmy oczywiście dostrzegać tę zależność między wieczornym uniesieniem a porannym kacem. Między nocną brawurą rodem z wesel Smarzowskiego a wymiotowaniem o świcie. I że właściwie na drugi dzień lepiej zejść wszystkim z drogi i bawić się w bezpiecznej odległości.

Pytanie, na które próbuję sobie odpowiedzieć do dzisiaj brzmi: czy wódka mi smakuje? I ta odpowiedź jest plątaniną potrzeby, by mi smakowała, bo Polakom musi smakować i niechęcią do tego obrzydliwego gestu przechylania głowy, gdy wlewa się w siebie zawartość małego kieliszka, trzymanego delikatnie w dwóch palcach, gestem delikatnym, prawie czułym. Nie wiem, czy mi smakuje, zazwyczaj ten aromat to niejaki wstrząs dla mojego rozumienia definicji smaku. Bo tu nie chodzi o to, czy smakuje — tłumaczył kiedyś ktoś na jakiejś zakrapianej studenckiej imprezie — tu idzie raczej o to, co się dzieje później, o ten ogień w żyłach i odwagę, jaka się w nich rozgrzewa.

Znam ja tę odwagę... Dla jednych oznacza podejście do kogoś, kogo się dotąd panicznie bało, dla innych balansowanie na balustradzie balkonu. Jest poczucie nieśmiertelności po wódce, strach się przyczaja jak dzikie zwierzę w obawie przed ogniem, a w człowieku wzbiera pewność herosa. Znam tę odwagę, dzieliłam ją z innymi, gdy szliśmy nocą szeroką ławą po trzypasmowej ulicy, klepiąc po maskach przejeżdżające samochody. Czułam ją, gdy migocące w sierpniowym księżycu głębokie, czarne jezioro zdawało się jedynie rozkoszną sadzawką, w której wykąpać się mogę kompletnie ubrana, także w ciężkie jak kamień buty typu glany. Oswajałam tę odwagę, gdy przed maturą koleżanka wlała we mnie pięćdziesiątkę, a ja poczułam, że nie ma pytania na które nie znam właściwej odpowiedzi. Jestem za absolutną prohibicją, ale muszę przyznać, że czasami alkohol załatwia mnóstwo nieporozumień, tak wewnętrznych, jak i zewnętrznych — pisał w Narkomanach Witkacy i od razu przypominają się te momenty, gdy bez wódki nie przeżyłabym pewnych życiowych zawirowań.

Teraz z wódką się już nie przyjaźnię. Wlewam kieliszek do drożdżowego ciasta, wąchając ten lekko oleisty płyn i zastanawiając się, co mi przypomina. Przepływają  przeze mnie obrazy — jedne są tak kolorowe, że trudno uwierzyć, że się wydarzyły, a inne są jak czarno-biały reportaż z ciężkiego dnia „po”. Takiego bólu głowy się nie zapomina — oświadcza B., z którą omawiam wspólną wódczaną przeszłość. Myślę, że każdy raz w życiu powinien przeżyć takie upodlenie, żeby wiedzieć, do czego jest się zdolnym.
Skłaniam się ku tej prawdzie. Są w życiu każdego człowieka progi, które powinien przekroczyć, jednym z nich jest wpaść w pętlę alkoholu i boleśnie upaść. Raz wystarczy, by obejrzeć siebie od ciemnej strony. Dzięki temu później już się wódkę tylko smakuje, delikatnie i stylowo, rozróżniając ziemniaczane i zbożowe niuanse.

Ale już beze mnie. Nie chciałabym zobaczyć znów tego, co zobaczyłam w sferze cienia.
Za bardzo ja i nie ja wcale.
Paradoks. Paradoksy mi szkodzą nie mniej niż wódka.

czwartek, 8 stycznia 2015

Kawa Rosalii


Zazwyczaj Rosalia* podawała tę kawę księdzu, który odwiedzał okoliczne gospodarstwa.
Na sycylijskiej ziemi tuż po wojnie nic się nie mogło zmarnować, to i fusy wykorzystywano po wielokroć. Taki napój, zwany caffè d'u parrinu, przygotowany z tego, co zostało po trzech-czterech kawach, z małą filiżanką świeżego naparu i łyżką kakao, podrasowany cynamonem, goździkami i wanilią, stawiał na nogi nawet najbardziej leniwego pasterza dusz.

Mieszam swoją wersję — jest gęsta i czarna jak sam diabeł. Pachnie do pomieszania zmysłów i gdy się dobrze wściubi nos do garnka, to można na tej kawowej, drgającej tafli ujrzeć przyszłość... Czy swoją? Nie wiem, czyjąś... Sukcesy, porażki, finansowe górki i dołki, miłosne perypetie — wszystko to widzę w czarnym oku filiżanki, gdy stawiam ją na parapecie i i czekam aż świat się w nim odbije. Miło by było wziąć historię wyrysowaną w fusach i kogoś nią obdarować.

Pani, co karmi kaczki rogalem, dostanie w tym roku ode mnie podróż do miejsca, w którym byłam w poprzednim życiu, miejsce ładne i pachnące narcyzami.

Pani, która z kolei stoi obok i marudzi, że kaczek nie karmi się rogalem, otrzyma w tym roku sposobność wygadania się komuś do szczętu, może komuś, z kim utknie w zasypanym pociągu gdzieś pod Krosnem.

A pan, co strofuje psa, by się pospieszył z toaletą, odkryje w sobie wielki talent, który zacznie nim rządzić, prawie go przytłoczy, a już na pewno przestawi jego życie do góry nogami, by mógł zrozumieć, że nie wszystko musi iść po jego myśli.

A ta para, co podskakuje, bo mróz tęgi, zgodnie z kaprysem moim i moich fusów, rozstanie się na jakiś czas, a potem do siebie wróci, by posmakować tego najsłodszego z owoców, owocu przebaczenia i kolejnej próby.

Postanowione.
Kawa zniknęła, zostawiając w powietrzu ledwo wyczuwalny zapach cynamonowej kory.
A ksiądz pogwizdując wesoło, wskoczył na rower i popedałował dalej.

.............. 
* Przepis na kawę Rosalii znalazłam w książce Simonetty Angello Hornby, Kropla oliwy. Moje sycylijskie wakacje. Tłum. Mateusz Salwa.