piątek, 17 kwietnia 2015

Annie

Diane Keaton jako Annie Hall. Na ramieniu nowojorski koszyk.

Annie* nosi słynny nowojorski koszyk.
Ma w nim rakietę tenisową, gumę do żucia i stare kanapki.
Nie ma chyba bardziej nowojorskiej dziewczyny. Jeździ garbusem i jest neurotyczna i niepewna swojego talentu, bo co będzie, jeśli on nie wystarczy na Nowy Jork, na miasto, które widziało już wszystko?

Pije wino białe.
Czyta wiersze Sylvii Plath.
Jada homary i pastrami wołowe na białym chlebie, z majonezem, pomidorami i sałatą.
I tak właściwie zupełnie nie wie, czego chce.
Ten film ma już prawie czterdzieści lat i w ogóle się nie zestarzał. Ludzie nadal rozpaczliwie się potrzebują i jednocześnie nie chcą się odsłaniać i stracić niezależności. Potrzebują się, ale boją się komukolwiek o tym powiedzieć, żeby nie wyjść na słabeusza. Wtedy jednak jeszcze ze sobą rozmawiali, dziś komunikują się za pomocą memów, aplikacji i emotikonów.

A żart, opowiadany w tym filmie ze dwa razy, wciąż znakomicie przystaje do rzeczywistości:
Przychodzi facet do psychiatry i mówi: — Doktorze, mój brat zwariował, myśli że jest kurczakiem. — To dlaczego nie oddasz go do wariatkowa? — pyta lekarz. — Chciałbym, ale potrzebuję jajek.

Z nową wiosną, nowe hasło: Jajka dla wszystkich!


.........................................
* Annie Hall, reż. Woody Allen, 1977.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Z popiołu kolor

Pod drzewem krokus, a za domem forsycja.
W donicy bratek, a fiołki w lesie za górką.
Na stole w kuchni amarantowy obrus i żółty tulipan w wazonie.
Pomału, ale nieuchronnie ziemia zaczyna wibrować kolorem.

Ale na razie barwne przebłyski to jedynie zasłona, kolorowy parawan, który oddziela mnie od rozkładu i śmierci.
Bo rozgrzebując miękkie zeszłoroczne liście w poszukiwaniu zielonego pędu, znajduję drobne truchło ryjówki. Ma lśniące futro i nos wyprężony, jakby za chwilę miała się poderwać i zwiać do nory. Na belach słomy czaszka młodego koziołka, ktoś ją tu przywlókł — człowiek czy lisy, które mają tu norę? Na pniu starego świerka kości jakiegoś ptaka, po lotkach można zaryzykować, że to wrona.
Kto się w tym roku nie poderwie do lotu? 
Kto nie wystartuje? Kto nie wróci z dalekiej podróży, jak te bociany, co ciągle ich nie ma, gniazdo puste, aż w gardle zasycha z niecierpliwości...?
Dla kogo wiosna to koniec drogi, a nie początek? Ile tych historii co roku znaleźć można choćby w lesie, który przecież niewprawnemu oku wydaje się wciąż taki sam, ale gdy się bliżej przyjrzeć, zmienia się jak kwietniowa pogoda, gwałtownie i spektakularnie. Tam obalony buk, choć wyglądał jak okaz zdrowia, a dalej zdrowy dąb, wystrugany na zapałkę przez bobry, zaraz się zawali. A rzeka? Rzeka też się wije jakoś inaczej, niespokojnie i z trudem przebija się przez gęste kępy zarośli, których — naprawdę — w tamtym roku nie było.

Wszystko tak samo, a inaczej. Inaczej, ale to przecież wiosna. Niemrawa i wietrzna, ale jest.
Obejrzałam niedawno film o zimie, która prowadzi za sobą ociągającą się wiosnę.
To było gdzieś w czarno-białej Nebrasce*.
Kino drogi, od którego uzależniłam się już bardzo dawno temu.
Ale średnio zainteresował mnie Woody, główny bohater, stary człowiek, który ma marzenie i chce je spełnić za wszelką cenę, choćby narażając się na śmieszność i fizyczne wycieńczenie.
Bardziej zaciekawiła mnie jego żona.

Kate.
Okrągła i biała jak śnieżka, która swoim niezadowoleniem toczy się gładko przez świat, zbierając cały śnieg, ale i śmieci, które napotka na drodze. Niepogodzona z czasem, a głównie z przemijaniem fizycznej atrakcyjności, dzięki której miała mężczyzn na pęczki. Dawała się obmacywać — mówi o niej jedna z kobiet w filmie. Czyli po polsku: nie szanowała się. Czyli jeszcze inaczej: korzystała ze swojego temperamentu, lubiła pieszczoty i seks — właściwie trudno według dzisiejszych standardów ją ocenić. Puszczalska czy świadoma ciała i swoich potrzeb? Co to właściwie dziś znaczy puszczalska? Kiedyś to było bardziej przejrzyste, ale i nie do końca jednoznaczne. Kobieta, której Kate odbiła mężczyznę, dzięki swojej otwartości, po sześćdziesięciu latach nadal ma szkliste oczy od żalu i zmarnowanej szansy.

Kate wciąż ma temperament. Zużywa go nie tylko na to, by bez ustanku zrzędzić na świat i stetryczałego męża, który ubzdurał sobie, że wygrał milion dolarów i chce przejechać parę tysięcy kilometrów, by odebrać nagrodę. Kate jest zdolna pokazać nagrobkowi swojego dawnego absztyfikanta, co ma pod spódnicą i skwitować: Zobacz, co byś miał, gdybyś nie był takim nudziarzem... Kate ma też siłę, by wciąż kochać, a jej miłość, która choć musi nazwać męża starym idiotą, to daje moc, by bronić go przed pazerną rodziną, niesprawiedliwością i wybiórczą pamięcią co niektórych.

June Squibb jako Kate Grant w filmie Nebraska

Polubiłam ją niezmiernie. Właśnie za ten zrzędliwy charakter, nawet za dyktatorskie zapędy, za ustawianie świata pod swoje potrzeby. Bo kto chce ustawić świat pod siebie, ten go ustawi pod siebie, a kto nie, ten nie. Proste. Jedni mają, inni nie mają. Bo nie chcą, nie potrafią, boją się, czekają na innych. A po sześćdziesięciu latach mówią: Niech pan mnie źle nie zrozumie, wyszłam za wspaniałego mężczyznę, ale ona mi go odbiła, bo ja nie dawałam się obmacywać. Tyle tych szans zmarnowanych, ile liści na ścieżce do lasu. Tyle wyrzutów sumienia, że się nie zrobiło, nie zaryzykowało. Można rzec, że się dzięki stracie jednego zyskało co innego, ale to chyba nie jest takie oczywiste. Bo blizny zostają, mimo stosowania najlepszego balsamu. One jednym dają moc, by przeć przed siebie, a innym długą chandrę w jesienne wieczory.

Marzenie Woody'ego się spełnia, choć nie według wymyślonego przez niego planu.
Bo plany można i trzeba naginać.
Witka wierzby purpurowej kładzie się, gdy wieje wiatr. A gdy ten ustanie, sprężystym ruchem wraca do pionu.
Każdy by tak chciał.
Ja chcę.

..............................
* Nebraska, reż. Alexander Payne, 2013

czwartek, 2 kwietnia 2015

Skorupka

Białe futro.
Biały śnieg.
Białko.
Pies.
Wosk.
Skorupka.
Biały mak.
Co się zazwyczaj wykluwa z takiej bieli? Pewnie mgła jakaś, jak mleko gęsta i tłusta. Gąsienica w srebrzystym odwłoku, lśniąca od nowości i skrzypiąca. Biały pył, z którego się wyłoni grzbiet mgławicy i osiądzie na powiekach i rzęsach. Co jeszcze? Pomyśl, czego byś chciał. A wszystko Ci się wykluje. Ale musisz się przyznać, czego chcesz, a nie co Ci się należy. Kiedyś nie widziałam różnicy, dziś dostrzegam, że dostać można tylko to, czego się chce — ewentualnie to, czego się boi. Ale z tym ostatnim toczę wojnę do ostatniej skorupy.

Biała kiełbasa.
Biały chrzan.
Sól.
Sen.



środa, 25 marca 2015

Szkoła

W dzieciństwie szkoła wisiała nade mną jak widmo, czarna otchłań. 
Czułam na swoich plecach jej oddech, na samą myśl elektryzowały mi się włosy, nie wierzyłam wtedy, że to od białego swetra w granatowe bałwanki, który co rano wciągałam przez głowę, a raczej od wizji srogiej nauczycielki, która całą lekcję potrafiła pieścić w dłoniach drewnianą linijkę.



Śniadanie to gorące mleko, przed którym, chowając się za zębami, uciekały moje wargi. Chleb lub wyjątkowo bułka — grubo posmarowane masłem, obłożone twarogiem posiekanym z cebulką i szczypiorkiem. Lubiłam kakao, ale nigdy nie wystarczało czasu, aby je przygotować. 
Albo żółty ser, twardy, gorzki, sklejający usta, wysuszający gardło. 
i co rano — senne przeżuwanie bladożółtej masy, tępe wpatrywanie się w pustą czarność za oknem i mozolne rozpoznawanie dźwięków: koń, kogut, gęsi, krowa, korba od podwórkowej studni. 
I wesołe zanurzanie się w zimową iskrzącą przestrzeń, dawno i nie przeze mnie wydeptaną ścieżką.

Wiosny bywały trudne, pusta spiżarnia, mąki zaledwie na jeden naleśnik. Kanapki były z resztką pasztetu i cienkim jak papier kiszonym ogórkiem. Za to masła z mleka od własnych krów było zawsze pod dostatkiem i to ono sprawiało, że nawet w najgorsze lata miałam pucołowate i lśniące policzki.

Latem jedliśmy pomidory z małej szklarni przy domu. Piliśmy cienką herbatę, wrzucaliśmy do tornistrów kilogramy jabłek, gruszek, kopce wiśni i czereśni, morze poziomek, schowanych na dużą przerwę w małym słoiku. I radośniejsze myśli towarzyszyły nam w szkolnej drodze, którą pokonywaliśmy na skróty, przez płoty i mokre łąki, z duszą na ramieniu, że mama lub babcia zauważą brudne od trawy nogawki spodni i zaschnięte błoto na końcówkach sznurówek.

Dziś, gdy wchodzę do szkoły, czuję ten znajomy zapach dzieci. I ich tornistrów. Ołówków i kredek.
Kanapek, z których wycieka masło i dżem. Od których podręcznik do matmy pachnie kiełbasą.
I jakoś nie chcę wracać do klasy, chociaż któraś z nauczycielek zaprasza szerokim gestem, ale zrobię sobie dziś kanapkę szkolną. Czyli taką, która musi przeleżeć kilka godzin pod książkami, by odpowiednio smakować i nabrać mądrości.
Wyjmę ją jutro z wytłuszczonego papieru i zjem na długiej przerwie.
Może się z kimś podzielę.
Albo nie.




.......................................
* ilustracja z książki Ewy Puchalskiej Mam 6 lat. Autorem ilustracji jest Stefan Małecki.

środa, 18 marca 2015

Ostatki

Co zostało jeszcze do zjedzenia po zimie?
Mały kopiec kartofli, kilogram marchwi, dwa słoiki ogórków, cztery kompoty śliwkowe, kilka dżemów z agrestu, mrożona dynia. Tyle, by dotrwać do dnia, w którym wszystko wyskoczy z ziemi i zacznie się wreszcie festiwal koloru, smaku i zapachu.
Ale pole jeszcze lodowate, ciągnie od niego chłodem, które przenika przez gumowce i skarpety. To jest ten moment, gdy czekam na przesilenie, na dzień przełamania się pogody, gdy więcej w nim będzie słońca i ciepła niż szronu o poranku.

Puste karmniki mijam po drodze, śnieg zszedł i ptaki świetnie sobie radzą z wyciąganiem z piachu zaspanych kęsów i zapomnianych ziaren. Gdy stanę pod drzewem, słyszę ciche pękanie świeżych pąków. Pień trzeszczy, jakby chciał zrzucić starą korę i przymierzyć coś nowego i ładnego.
To nie święto, to sabat wiosenny. W kraterach 
Sasanki, kwietne gruzły, jak orzech spowite 
W liść pierzasty, wykwitły. Barwy są szczególnej, 
Sinoczerwiennej, jakby tętniczej i żylnej; 
Łodygi ich jak wiły ziemistoróżowe 
Splątane, w chorej glebie zdają się pierścienić 
I krew z niej ssać wojenną*.

Bo toczy się wojna, teraz właśnie, wojna postu z karnawałem, jasności z ciemnością, pustego brzucha z pełną spiżarnią. Pomiędzy nieśmiałą wiosną a zmęczoną, ale wciąż groźną zimą, która co parę dni zsyła na nas gradowy deszcz niezadowolenia. Tyle, że w tych małych, twardych, lodowych kulkach odbija się już coraz błękitniejsze niebo...


........................... 
* fragment wiersza Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Wiosna z marsem na czole.

niedziela, 8 marca 2015

Pięć goździków

Goździki są znowu w modzie. To dobra wiadomość dla mnie i dla tych kwiatów, które pięknie pachną i są tak naturalne jak wiosna, która przecież co roku nadchodzi mniej więcej w tym samym czasie, a jednak zawsze mnie zaskakuje...

Co roku daję kwiaty paniom.
I tym, które tu zachodzą i tym, które mnie czymś olśniły w minionym roku. Które wciąż czegoś szukają, choć wydaje się, że już dawno znalazły. Które mają w sobie śmiech, namiętność i wyrozumiałość dla ludzi i świata.

Goździk dla Maggie Taylor.
Znam ją już długo. To zbieraczka rzeczy i kreatorka rzeczywistości. Siwa już pani w okularach, której prace to steampunkowe historie, wycięte z cyrkowych afiszy, z broszur sanatoryjnych zachwalających kąpiele w błocie, ze starych widokówek, gazet, katalogów i zdjęć, które można kupić od ulicznych sprzedawców na pęczki spięte recepturką. W tych kolażach, które Maggie Taylor tworzy skanując, zszywając w graficznym programie, łącząc tła i mieszając kolory, jest sporo o kobiecie. Wyłania się z nich portret panny figlarnej, z głową kipiącą od pomysłów, wrażeń. O kobiecie, która urywa sobie głowę, rozdziera twarz, próbuje uspokoić kipiący umysł, otwierając sobie czaszkę. To my wszystkie na tych wibrująco kolorowych obrazach, to my ciągniemy na sznurku łabędzia i stawiamy domki z kart. To my, tak doskonale roztrojone, rozdwojone, przepoczwarzone i wyobraźnia nie ma dla nas kompletnie żadnych granic.

Goździk dla Marii Peszek.
Kobieta, która znalazła. I po paru latach widzę, że nie zgubiła. Znalazła swoją drogę przez las, oczyściła rzekę, pobiegła z rozwianym włosem przez życie. Bez oglądania się na tych, co zazdroszczą, a twierdzą, że jej wybór nic nie wart. Bez słuchania tych, co wiedzą lepiej, a sami tkwią w ziemiance oczekiwań, że świat ich znajdzie. Przeskakując wdzięcznie przez kłody, co jej rzucają pod nogi różnej maści moralizatorzy i obrońcy jedynie słusznych życiowych ścieżek. A ona dla własnej wygody zapuszcza przepiękne ogrody. Doświadcza wszystkiego na własnym ciele i umyśle. Praktycznie, nie teoretycznie. Nie w przyszłości, a tu i teraz. Czysta energia, która mnie niesie od lat. I czasem zdarza się, że gdy stoję pod ścianą, odzywa się we mnie zdanie napisane przez Marię i już wiem, że będzie po mojemu...

Goździk dla Vivian Maier.
Niania z tajemnicą. Opiekunka z pasją, która nią owładnęła do kości. Urodzona w Nowym Jorku, z korzeniami francuskimi, kilkadziesiąt lat spędziła w Chicago z aparatem na szyi. Opiekując się dziećmi ludzi, którzy kompletnie nie wiedzieli o jej hobby, wędrowała po ulicach miasta, zapędzając się do podłych dzielnic i fotografując wszystko, co pojawiło się w zasięgu jej obiektywu. Piękne kadry, czasem porażające pustką, czasem tłoczne, niektóre z ukrycia, inne pozowane, ale zawsze z jakąś historią w zanadrzu. Eleganckie panie i brudni robotnicy, rozmontowane sklepowe manekiny i uszminkowani cyrkowcy. Dzieci bez butów i psy o skołtunionej sierści. Kilkaset tysięcy zdjęć, w tym setki niewywołanych filmów, znalazł hobbysta fotografii i zareklamował światu. Ona sama nie miała ochoty ich pokazywać i publikować, prawdopodobnie dlatego, by nie zostać sławną. To imponuje dziś, gdy większość robi coś w ogóle tylko po to, by ktoś zauważył ich życie i starania — by nie zniknąć w cieniu.

Goździk dla Mari Boine Persen.
Jeśli ktokolwiek chciałby wiedzieć, co gra w drugim człowieku — gra dosłownie, jak w radiu — co gra we mnie, to może włączyć sobie pieśni, które śpiewa Mari Boine Persen. Usłyszany raz jej głos, wplótł się we mnie jak pajęczyna we włosy i wibruje we mnie niczym szklanki w kredensie, gdy ktoś mocniejszym krokiem przejdzie przez pokój. Mari to norwesko-lapońska pieśniarka o głosie czystym jak szkło i zimnym jak lód. Głos stary, płynący nie zza gór i rzek, a zza wieków i grają w nim historie tych, co już odeszli, a co widzieli świat, który nigdy nie wróci.
Mari to także nauczycielka muzyki i obrończyni praw Lapończyków, traktowanych we współczesnej Norwegii na zasadzie ozdoby i kulturowej ciekawostki. Ludzi spychanych na margines kulturalnego życia, a przecież to oni są tymi, od których ten kraj się zaczął, to oni mają w swojej krwi mądrość przodków — tyle, że we współczesnym świecie nie bardzo chce się słuchać głosów przeszłości. Mari śpiewa, a ja rozumiem więcej niż mi się wydaje...
Vuoi mu gollelottas 
Vuoi mu beaiveidjalottas 
giehka ja goaskin 
Vuoi mu spalfu 
Vuoi mu spalfu 
miellevuol besiinis


Goździk dla nas wszystkich, którzy...
noszą w sobie choć krztynę kobiecej energii i nią podrywają świat do życia, dając mu kolor, pełnię, sprawczą moc i wielką kreatywność. Tę siłę, co sprawia, że miejsce, w którym żyjemy, przestaje być kropką na mapie, a staje się pulsującym źródłem. Mam na myśli tę chęć, by drążyć skałę intensywnymi momentami w rozmowie, tańcu, pracy w ogrodzie. Nad kieliszkiem wina na mieście i herbatą w termosie w czasie podróży. Tę chęć, by pomalować oko co rano i uperfumować ciepłe miejsce za uchem. By zabrać dziecko po raz tysięczny do muzeum na ulubioną wystawę i dać się mu namówić na lody w środku grudnia. Tę moc, by tłumaczyć świat tym, co go nie rozumieją i przyjmować wyjaśnienia od tych, co mądrzejsi, choćby i żyli krócej od nas. Tę potrzebę pogłaskania psa i szukania czułych miejsc na ukochanym ciele. By przyjąć łzę i śmiech od tych, co obok, i by oddać lęk i wyrzut sumienia komuś, kto go nie rozmieni na drobne. Goździk dla wszystkich dziewcząt i chłopców, którzy mają w sobie źdźbło nieposkromionej i odważnej kobiety!



piątek, 27 lutego 2015

Chmurka, pianka



Takie chmury jak wyżej, skoncentrowane, podarte — choć, nie — raczej misternie postrzępione jak na obrazie Największego Światłomistrza*... O przedwiośniu, kiedy brak koloru, nie ma lepszego spektaklu. Skondensowana biel, ubita jak najlepsza śmietana, pulchna, trochę gazowana, musująca — zdaje się pełznąć powoli, ale odcinki, które przemierza, pokonuje w mgnieniu migawki:) Na brzegach niby się złoci ta plama biała, a niby niebieścieje. Ale oko mówi: nie, raczej czerwieni się karminowym obrębem, ściska się jak czerwonym lakierowanym paskiem z plastikową klamerką... Ale co z tego, skoro pełzną dalej spienione góry, ośnieżone zbocza, zlodowaciałe, potłuczone porcelanowe filiżanki. Momentami się zdaje, że niebo to za mała scena, że chcą się wydostać z ram, wylać się jak przegotowane mleko, rozrastają się do niewyobrażalnych parametrów, kipią, wręcz trącają obserwatorów w nos. I te kształty — palce wskazujące i wytykające, nadęte, obrażone policzki, wydęte zazdrosne usta, pękate brzuchy i kolosalne nogi. Żaden z mimów nie wytrzymałby takiej konkurencji. Takiej migotliwości i częstotliwości zmian, takiej wirtuozerii ruchów. Takiej odporności na publiczne zachcianki i preferencje. Takiego spektakularnego show...

Nabieraj na palec trochę tego niebiańskiego mleka! Czyść sobie nim uszy! Szczęśliwcy lub nieszczęśliwcy słyszą czasem, jak rusza się ziemia, a ty — jeśli chcesz słyszeć, jak pomykają chmury — czyść sobie uszy chmurzastym wacikiem... 

Dziecko — postawione na ziemi po szaleńczym huśtaniu — dyszy: Chmura spadła mi na głowę
Nie ostatni raz, nie ostatni, mam nadzieję...

......................
* Chmury z obrazu Jana Vermeera Widok Delft.