poniedziałek, 20 października 2014

List opadł


Świat wchodzi w ciemność. Pomału, ale bardzo stanowczo.
I właściwie nie mam na myśli tego, że nadchodzi ciemny listopad, z porankami gęstymi jak klonowy syrop i z bogactwem tego, co przynieść może raptem sześciogodzinny dzień.
Raczej mam nieodparte wrażenie, że ktoś nas próbuje znów zawrócić do wieków średnich i ciemnych, gdzie straszono ludzi piekłem i na kobietach, które widziały więcej, przeprowadzano próbę wody i ognia. Tyle, że teraz obrazy piekła są bardziej cyfrowe i szybciej docierają do najdalszych ziemskich zakątków.

Babka mówiła, że lepsze tu niż tam, że lepiej teraz niż jutro, że lepiej z damskim bokserem i pijakiem żyć niż samemu. Łatwiej sprać dziecko niż mu wytłumaczyć złość i niepewność. Łatwiej odwołać się do bezwzględnych bogów niż zrozumieć, że — banalnie mówiąc — wszystko płynie i mimo że świat wygląda jak przed momentem, to wszystko się zmieniło. Strach przed zmianą, jakże dobrze znam ten stan! Okopać się na stanowisku, zabarykadować mózg przed świadomością, że inne życie też może być dobre i spełenione. Że jest tysiąc przepisów na pyszne ciastko i każdy z nich może się świetnie sprawdzić, jeśli się człowiek do pieczenia przyłoży i pozwoli na odrobinę nieszablonowego myślenia.

Inaczej będzie coraz bardziej ponuro, niebo czarne jak atrament, w duszy błoto, które wlewa się do kaloszy gęstą strugą. I jak dziś, gdy zerkam przez okno — a tam, w ogrodzie, tylko słup od linki na pranie podtrzymuje czarną chmurę przez chlapnieciem prosto w trawę — tak coraz częściej mam wrażenie, że gdyby nie kilka jasnych osób i resztki zdrowego rozsądku, już dawno ciemność pokryłaby ziemię.

Przyglądam się tej chmurze.
Jak z niej będzie deszcz?
Z moim famous blue raincoat* i w moich żółtych kaloszach żaden niestraszny...

................... 
* z piosenki Famous Blue Raincoat Leonarda Cohena.
* obrazek śniadania z podręcznika Nasz świat i my.

poniedziałek, 13 października 2014

Lubisz

— A może ja zacznę, dobrze? Lubisz banany. I sadzone jajka, ale dobrze wysmażone. Lubisz pływać w oceanie, ale nie w basenie, lubisz też awokado, tylko bez majonezu, trochę zieloną sałatę, orzechy włoskie i biszkopt, ciastka daktylowe i szkocką, ale mieszankę, co zaskakujące, a nie słodową, lubisz też komedie z Ealing i marmite, i ciasto na smalcu [...] Lubisz lody, byle nie truskawkowe, udziec jagnięcy, ale krwisty, botwinę, gdy tylko się pojawia na wiosnę*.



A ja dokończę.
Lubisz wodę z miętą. Jabłko ze skórką. Lukrecję i kurki w śmietanie. Kawę przy otwartych drzwiach w mglisty poranek. Lubisz niskie góry, takie, które nie straszą majestatem, ale zapraszają do wędrówki. Lubisz kiełbasę z ogniska i keczup na kromce przypieczonego chleba. Lubisz frytki z okienka zawinięte w gazetę. Lubisz marzyć o rybie pieczonej w sosnowych igłach, której kiedyś wreszcie spróbujesz. Wełniane, stare swetry z łatami na łokciach, sztruks i tweed. Piżmo i różane pomadki. Zapach papieru i drukarskiej farby. Jagody, kurczaka w curry i solone pistacje.
Biały mak i pomidorową gęstą jak krew.

....................................
* cytat z książki Sarah Winman, Kiedy Bóg był królikiem. Tłum. Krzysztof Obłucki.

poniedziałek, 6 października 2014

Podróż przerwana


Telefon dzwoni.
— Halo... Już bierze z naszego rocznika.
— Kto bierze i co?
— Ponury Kosiarz* już bierze z naszego rocznika, poczytaj w necie...

Poczytałam. Rzeczywiście, już bierze z naszego rocznika. Ale im dalej w dzień, tym pewniejsza jestem, że Ponury Kosiarz brał z naszego rocznika już dawno. Gdy byłam w podstawówce, zabrał Krzysia z mojej klasy. Zabrał i nie oddał. Gdy byłam w liceum, przyszedł czas na Artura, rozbił się na motorze. Zabrał Baśkę, dzień po zdanej przez nią maturze, zabrał ją razem z pasażerami samochodu, który okręcił się wokół drzewa. Po studiach byłam, gdy choroba zjadła Martę, piękną, kruczoczarną, żywiołową. Nasz rocznik ma już puste miejsca od dawna. Każdy rocznik ma. Strach wyjmować klasowe zdjęcia. Słuchałam dziś Evy Cassidy, też odeszła z Ponurym Kosiarzem, ledwo po 30.

Okrutne to przerwać dopiero co zaczętą podróż. Bezduszne odrywać człowieka od ledwo podjętego zadania, domu jeszcze nie zbudował, dzieci nie odchował, pocałunku nie posmakował. Można się złościć, można wściekać, płakać, osłupieć w rozpaczy i zdziwieniu. Jak się można zasłużyć, by odebrać taki bonus od rzeczywistości? Być niegrzecznym dzieckiem? Zbyt szczęśliwym? Mieć zbyt wielkie plany i tym rozbawić niebo? Porwać się na księżyc, na słońce? Trudno zrozumieć, że z naturą i biologią wygrać można tylko na krótką metę, a bycie kryształowym nie ustrzeże przed spotkaniem z pijanym kierowcą na drodze.

Głóg jest pyszny o tej porze roku, mięsisty i słodki, dzielę się nim z wróblami, jeden nawet odważył się na moment usiąść na ręce.
Co ja mogę? Mogę przyjąć do wiadomości, że nie wiem, jak bym się przygotowywała, to nigdy się nie przygotuję na koniec podróży. Że zawsze będzie za wcześnie, za pięknie, nie w nastroju. To, co mogę, to się z tym niepogodzeniem pogodzić.

a więc to tylko tyle 

tylko tyle

więc to jest całe życie 

tak całe życie*

.................................
* Ponury Kosiarz — Śmierć, postać ze skeczu Monty Pythona.
* fragment wiersza Tedeusza Różewicza Czas na mnie.

wtorek, 23 września 2014

The Hot Pepper*


— To ty nie wiesz, że tam się nie mówi po polsku?
— A po jakiemu?
— Po jakiemu? Po meksykańsku!

Oczywista oczywistość. Zabawy w zagranicę równie oczywiste, podwórko przedzielało się grubą linią, po jednej była Polska, po drugiej zagranica, czasem Niemcy, czasem ZSRR, rzadziej Ameryka lub Australia. Ci, którym dostało się życie na obczyźnie, porozumiewali się w języku bardzo obcym, coś jak poplątanie angielskiego z gaworzeniem niemowlaka. Albo jak w książce o Mikołajku, kiedy to nowy angielski kolega bełkocze coś na kształt: Uę-szuę-szuę... Na pieńku stawialiśmy kilka puszek po zagranicznych piwach, jakiś obejrzany do ostateczności katalog Otto albo Burdę z wykrojami i mieliśmy prawdziwy Zachód.

Meksykańskie jedzenie jest charakterne. Ostre papryką, ale przełamane czekoladą; czosnkowe, złagodzone śmietaną; ziemisto-kminkowe i jedncześnie chilli-ogniste. Czytam, że Lupe Vélez taka była. Temperamentna, często wybuchowa i głośna. Jedna z pierwszych i nadal niewielu meksykańskich aktorek, które zrobiły karierę w Hollywood. Grała siebie, w wywiadach mówiła, że wie, że nazywają ją dziką, ale ona po prostu zachowuje się jak szczeniak bez opieki. Ze swoimi chłopakami (a romansowała ze wszystkimi amantami ekranu tamtych czasów) się nie patyczkowała, potrafiła na nich krzyczeć, rzucać się na nich z pięściami lub z nożem, miała też rewolwer i nie raz go użyła. W stosunku do kobiet też bywała bezwzględna, obrażała swoje konkurentki do ról, policzkowała je i ledwie powstrzymywała się od wydrapania im oczu.



Koniec jej życia palił jak dobrze przyprawiona enchilada. Vélez spodziewała się dziecka i chyba sama nie wiedziała z kim. A może wiedziała, tylko w Meksyku, gdzie ją wiadomość o ciąży zastała, panna z dzieckiem to nie jest status, jakiego by sobie życzyła. Wykończona rywalizacją z inną importowaną meksykańską gwiazdą, Dolores del Rio, próbowała stabilizacji — ale na swoich warunkach. Jak zawsze gwałtownie, próbowała zmusić kogokolwiek do małżeństwa, ale jej urok już nie działał albo zamęczyła swoich adoratorów żądaniami i zazdrością.
Już nikt jej nie chciał, a ona nie chciała niepewnej przyszłości dla swojego dziecka.
Mówi się też, że wtedy z całą mocą ujawniła się u Lupe choroba dwubiegunowa.

Miała 36 lat, gdy pewnego wieczoru, po kolacji, na której podawano meksykańskie jedzenie, połknęła śmiertelną dawkę proszków nasennych.

Oglądam fragmenty filmów z Lupe i coś nie pasuje. Energiczna rzeczywiście, ale nawet na tych starych taśmach, porysowanych i czarno-białych widać, że jej energia to tylko przykrywka dla ogromnego smutku i osamotnienia. Kiedy na moment przestaje się wygłupiać, kiedy zamyka usta i nie bawi widzów angielskim wymieszanym z niegrzecznym hiszpańskim, patrzy na mnie wzrokiem opuszczonego dzieciaka, któremu świat obiecał wszystko, a dał jedynie polizać taniego lizaka. To pewnie nie wina świata, jest jaki jest, ani pewnie wina Lupe, która widziała rzeczywistość na swój sposób. Dla zwyczajnych ludzi, jak ja na przykład, ten rozdźwięk między światem a moimi wyobrażeniami nie jest śmiertelny. Dla Lupe okazał się zabójczy.

Cuando de lejos te ví
ya en mi latido advertí
que el tiempo era eterno
pero existe el infierno,
me lo dan junto a tí*.

Zaśpiewane po meksykańsku...

...............................
*  The Hot Pepper — pseudonim Lupe Vélez.
* Gdy zobaczyłam cię z daleka/ moje serce spostrzegło/że czas stanął w miejscu/ale też, że istnieje piekło/które otrzymam wraz z Tobą. Piosenka Tramontana zespołu Giulia y Los Tellarini.

poniedziałek, 15 września 2014

Gorzko


Przyniosłeś mi tę czekoladę, jak cię prosiłem? Wstałem i podałem mu ją. Ale ona nie wygląda na mleczną. Naprawdę? Ta czekolada jest gorzka! Czyżbym się omylił? Jest gorzka — powtórzył ojciec. Masz rację — powiedziałem. — Ta czekolada jest gorzka. Również taką czasami trzeba zjeść*.

Trzeba.
Ja nawet z wielką przyjemnością.
Coraz mniej jest dookoła rzeczy bez cukru.
Okładki książek ocukrzone są skrzącymi się literami i nostalgicznymi fotografiami.
Strony czasopism pływają w cukrze rozbudowanych zdań, jaka to jestem mądra i przebojowa.
Ekspedientka w drogerii rzuca na mnie urok fenomenalnym uśmiechem wybielonych zębów i czyta w moich myślach: Na pewno tego pani właśnie potrzebuje.
Nawet mocno zawiany obywatel pod sklepem obsypuje mnie słodkim pyłem komplementów, by po chwili wyciągnąć rękę po dwa złote na piwo.

Gorzkoczekoladowe są jeszcze tylko przepełnione autobusy w godzinach szczytu.
Kolejka do lekarza.
Fotel opuszczony przez kogoś lub choćby przez kota, który poszedł nie wiadomo dokąd.
Dworzec kolejowy po odjeździe ostatniego pociągu, zerwany drogowskaz, niepewna, mało przetarta ścieżka na szlaku, niewyraźna wskazówka na mapie. Jakieś proste, bezpośrednie pytanie, nad którym trzeba dużo pomyśleć. Dla kogo żyjesz? Kim jesteś? W co wierzysz? Sprzeciw, walka, dążenie i odległy cel. Wszystko, do czego samemu trzeba dojść — by smakowało słodko — po drodze pachnie surową i gorzką, dopiero co stopioną z kakao czekoladą.

...................
* Tobiáš Jirous, Czekolada dla mojego ojca. Tłum. Piotr Godlewski. Opowiadanie opublikowane w nieistniejącym już kwartalniku środkowoeuropejskim „Kafka”.