niedziela, 24 maja 2015

Trzaski i postukiwania w męskiej skorupie


Woda już się gotowała, wrzuciłem do niej tagliatelle. Oliwa w żeliwnych garnkach skwierczała w wysokiej temperaturze. Pokroiłem kilka ząbków czosnku, wrzuciłem je do garnka, dołożyłem małże i przykryłem pokrywką. Wkrótce ze środka rozległy się trzaski i postukiwania. Polałem wszystko białym winem, posypałem pokrojoną pietruszką i po kilku minutach zdjąłem z płytki, tagliatelle przerzuciłem do durszlaka, przyniosłem pesto, i gotowe*.

Zazdroszczę mężczyznom tej książki. Żyję z literaturą od urodzenia i o kobietach jeszcze czegoś podobnego nie czytałam. W środku drugiego tomu mam życzenie, by mnie w nim zamknięto i odczuwam dziką radość na samą myśl, że gdy tylko uzbroję się w cierpliwość, to z bezwstydną przyjemnością czytać będę i trzeci, i czwarty, i piąty, i szósty też. Nie chcę z tej książki wychodzić, bo ona jest jak sezam ze skarbami, które nigdy nie były nikomu pokazywane. O których nikt nie wiedział, bo mężczyźni utrzymywali, że ich w ogóle nie ma. Zazdroszczę facetom tego autora, który się poświęcił, żeby pokazać światu wnętrze prawdziwego mężczyzny. Poświęcił się, bo zraził do siebie całą rodzinę, pół kraju, z którego pochodzi, a i pewnie wielu z mężczyzn, którzy tę książkę z pewnością odczytają jako zamach na męskość i epatowanie czymś, co winno pozostać tajemnicą. Autor ze sfery cienia wyciągnął bowiem słabość, łzy i wątpliwości — czyli coś, czym „prawdziwy” facet nigdy się nie pochwali...

Ale prawdziwy facet jest właśnie tacy jak wszyscy inni, choćby tylko dlatego, że (jakby banalnie to nie zabrzmiało) jest człowiekiem jak każdy. Jak każdy inny facet, jak kobieta, jak dziecko, ojciec, matka, kolega i nauczyciel w szkole. A człowiek musi być słaby, by mieć siłę i płakać musi, by móc przez całe tygodnie nie płakać. I musi mieć wątpliwości, by w momencie próby być pewnym i zdecydowanym.
Może chcieć i nie chcieć w jednym momencie, zupełnie jak kobieta, która ma przyzwolenie na takie zachowanie. Może płakać do utraty tchu jak dziecko zrozpaczone po stracie chomika, może być zacięty w swoim uporze jak nauczyciel, który nie chce się przyznać do błędu, a po trzydziestce może się zakochać jak jedenastolatek, może się bać jak ojciec, który nie umie przytulić nastoletniej córki i może być miękki jak matka, która nie chce się rozstać z synem, który jedzie na studia na drugi koniec globu. Facet może to wszystko, zawsze mógł, i mam nadzieję, że robota Knausgårda nie pójdzie na marne, że męska część świata sobie o tym przypomni i przestanie trzaskać i podskakiwać jak pokrywka na garnku pełnego pysznego smacznego sosu z małż i wina. Chcielibyśmy (chciałybyśmy) tego sosu spróbować...

Życzę Nobla, panie Knausgård!

..........................
* Karl Ove Knausgård, Moja walka. Tom 2. Tłum. Iwona Zimnicka.


piątek, 8 maja 2015

Rok burzy

Christina O'Gorman. Zdjęcie ze strony www.mashable.com

Majowej burzy nie oszukasz, szybsza i płodniejsza od samej Matki Ziemi.
Sama sieje i sama zbiera. Kotłasi pierzaste i wydyma chmurzaste waciaki.
Gęsta i dumna, idzie, drze liście, gna piach pod krawężnik, kręci wiatrem jak biczem.

We śnie idziemy przez las, by poczuć powietrze zlane deszczem,
ale nie przesiąknięte zmokłym kurzem asfaltu.
Na polanie czerwony hydrant, a pod jego kołnierzem z drobin wody skaczą dzieciaki i jaszczurki.
W przerwie harców dzieci poznają świat przyrody, ściągając jaszczurkom skórę przez głowę.

Jeśli jest ci duszno, rozepnij guzik koszuli, jeśli jesteś zmęczony, siądź na liściu,
mrówka przyniesie ci lody. Zimny powiew chłodzi szalone białe grona bzu nad werandą.
Niezwykły blask złota w kieliszku. Kropla wina zawieszona na paznokciu małego palca.

Na drodze ruch. Może z tej burzy kto łaskaw zabierze nas autostopem... Miasto i kolejna duszność.
Nieznośny kaszel, stołeczne dławienie w gardle. Kierowca zostawia nas na rogatkach, kierunek centrum.
Nie do uwierzenia: obudzić się w środku burzy z jaszczurczą skórką w ręce.

A po burzy... Spokój...
Na brzegu syrena. Widać i czuć, że noc była burzowa. Powietrze sine i ciężkie, trzaska iskrami, naładowane elektrycznością, mokry piach, drewno łódki nasiąknięte wodą. Ta syrena nazywa się Christina O'Gorman i to zdjęcie powyżej zrobił jej ojciec w... 1913 roku. Nie wierzę, nie ufam, przyglądam się i sprawdzam. Ale to musi być prawda. Wielu* twierdzi, że 1913 to był rok, w którym zaczęły się współczesne czasy, a skończył stary świat, rok, w którym ma początek nowa sztuka, pełna ognia, poczucia zmierzchu, ale i nadziei na nowe rozdanie. To wtedy Proust pisze dzieło swego życia, w Kafce demony krzyczą już na całe gardło, a gołonoga Christina pozuje tacie do zdjęć, w które trudno uwierzyć. Tak jest współczesna, tak świeża, a jednocześnie ma w spojrzeniu coś jasnego, czego źródła z początku nie rozumiem, a potem mnie olśniewa — w jej twarzy jest nieświadomość tego, co szykuje dla świata historia. Ona nie wie nic o koszmarach XX wieku, o wszystkich rewolucjach, rozprężeniu w ciele i umyśle, o odrzuceniu zasad i zastąpieniu ich gadżetem. Ona tego nie wie i ma moją szczerą zazdrość. Ona jest przed tym czasem, w którym nam przyszło żyć. Ma z pewnością swoje własne problemy i problemy czasów, w których żyje, ale doprawdy, widzę na jej twarzy więcej spokoju niż twarzach całego mojego pokolenia kobiet...

Ale konwalie już są i pachną pewnie tak samo jak wtedy, gdy Christina pozowała ojcu na plaży w hrabstwie Dorset. W 1913, w roku, w którym Tomasz Mann rozmyśla nad Czarodziejską górą.





.....................................
*  Zdjęcia Christiny, wykonane przez jej ojca, można obejrzeć na tej stronie.
* Polecam książkę 1913. Rok przed burzą Floriana Illiesa, tłum. Ewa Kochanowska. 

piątek, 17 kwietnia 2015

Annie

Diane Keaton jako Annie Hall. Na ramieniu nowojorski koszyk.

Annie* nosi słynny nowojorski koszyk.
Ma w nim rakietę tenisową, gumę do żucia i stare kanapki.
Nie ma chyba bardziej nowojorskiej dziewczyny. Jeździ garbusem i jest neurotyczna i niepewna swojego talentu, bo co będzie, jeśli on nie wystarczy na Nowy Jork, na miasto, które widziało już wszystko?

Pije wino białe.
Czyta wiersze Sylvii Plath.
Jada homary i pastrami wołowe na białym chlebie, z majonezem, pomidorami i sałatą.
I tak właściwie zupełnie nie wie, czego chce.
Ten film ma już prawie czterdzieści lat i w ogóle się nie zestarzał. Ludzie nadal rozpaczliwie się potrzebują i jednocześnie nie chcą się odsłaniać i stracić niezależności. Potrzebują się, ale boją się komukolwiek o tym powiedzieć, żeby nie wyjść na słabeusza. Wtedy jednak jeszcze ze sobą rozmawiali, dziś komunikują się za pomocą memów, aplikacji i emotikonów.

A żart, opowiadany w tym filmie ze dwa razy, wciąż znakomicie przystaje do rzeczywistości:
Przychodzi facet do psychiatry i mówi: — Doktorze, mój brat zwariował, myśli że jest kurczakiem. — To dlaczego nie oddasz go do wariatkowa? — pyta lekarz. — Chciałbym, ale potrzebuję jajek.

Z nową wiosną, nowe hasło: Jajka dla wszystkich!


.........................................
* Annie Hall, reż. Woody Allen, 1977.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Z popiołu kolor

Pod drzewem krokus, a za domem forsycja.
W donicy bratek, a fiołki w lesie za górką.
Na stole w kuchni amarantowy obrus i żółty tulipan w wazonie.
Pomału, ale nieuchronnie ziemia zaczyna wibrować kolorem.

Ale na razie barwne przebłyski to jedynie zasłona, kolorowy parawan, który oddziela mnie od rozkładu i śmierci.
Bo rozgrzebując miękkie zeszłoroczne liście w poszukiwaniu zielonego pędu, znajduję drobne truchło ryjówki. Ma lśniące futro i nos wyprężony, jakby za chwilę miała się poderwać i zwiać do nory. Na belach słomy czaszka młodego koziołka, ktoś ją tu przywlókł — człowiek czy lisy, które mają tu norę? Na pniu starego świerka kości jakiegoś ptaka, po lotkach można zaryzykować, że to wrona.
Kto się w tym roku nie poderwie do lotu? 
Kto nie wystartuje? Kto nie wróci z dalekiej podróży, jak te bociany, co ciągle ich nie ma, gniazdo puste, aż w gardle zasycha z niecierpliwości...?
Dla kogo wiosna to koniec drogi, a nie początek? Ile tych historii co roku znaleźć można choćby w lesie, który przecież niewprawnemu oku wydaje się wciąż taki sam, ale gdy się bliżej przyjrzeć, zmienia się jak kwietniowa pogoda, gwałtownie i spektakularnie. Tam obalony buk, choć wyglądał jak okaz zdrowia, a dalej zdrowy dąb, wystrugany na zapałkę przez bobry, zaraz się zawali. A rzeka? Rzeka też się wije jakoś inaczej, niespokojnie i z trudem przebija się przez gęste kępy zarośli, których — naprawdę — w tamtym roku nie było.

Wszystko tak samo, a inaczej. Inaczej, ale to przecież wiosna. Niemrawa i wietrzna, ale jest.
Obejrzałam niedawno film o zimie, która prowadzi za sobą ociągającą się wiosnę.
To było gdzieś w czarno-białej Nebrasce*.
Kino drogi, od którego uzależniłam się już bardzo dawno temu.
Ale średnio zainteresował mnie Woody, główny bohater, stary człowiek, który ma marzenie i chce je spełnić za wszelką cenę, choćby narażając się na śmieszność i fizyczne wycieńczenie.
Bardziej zaciekawiła mnie jego żona.

Kate.
Okrągła i biała jak śnieżka, która swoim niezadowoleniem toczy się gładko przez świat, zbierając cały śnieg, ale i śmieci, które napotka na drodze. Niepogodzona z czasem, a głównie z przemijaniem fizycznej atrakcyjności, dzięki której miała mężczyzn na pęczki. Dawała się obmacywać — mówi o niej jedna z kobiet w filmie. Czyli po polsku: nie szanowała się. Czyli jeszcze inaczej: korzystała ze swojego temperamentu, lubiła pieszczoty i seks — właściwie trudno według dzisiejszych standardów ją ocenić. Puszczalska czy świadoma ciała i swoich potrzeb? Co to właściwie dziś znaczy puszczalska? Kiedyś to było bardziej przejrzyste, ale i nie do końca jednoznaczne. Kobieta, której Kate odbiła mężczyznę, dzięki swojej otwartości, po sześćdziesięciu latach nadal ma szkliste oczy od żalu i zmarnowanej szansy.

Kate wciąż ma temperament. Zużywa go nie tylko na to, by bez ustanku zrzędzić na świat i stetryczałego męża, który ubzdurał sobie, że wygrał milion dolarów i chce przejechać parę tysięcy kilometrów, by odebrać nagrodę. Kate jest zdolna pokazać nagrobkowi swojego dawnego absztyfikanta, co ma pod spódnicą i skwitować: Zobacz, co byś miał, gdybyś nie był takim nudziarzem... Kate ma też siłę, by wciąż kochać, a jej miłość, która choć musi nazwać męża starym idiotą, to daje moc, by bronić go przed pazerną rodziną, niesprawiedliwością i wybiórczą pamięcią co niektórych.

June Squibb jako Kate Grant w filmie Nebraska

Polubiłam ją niezmiernie. Właśnie za ten zrzędliwy charakter, nawet za dyktatorskie zapędy, za ustawianie świata pod swoje potrzeby. Bo kto chce ustawić świat pod siebie, ten go ustawi pod siebie, a kto nie, ten nie. Proste. Jedni mają, inni nie mają. Bo nie chcą, nie potrafią, boją się, czekają na innych. A po sześćdziesięciu latach mówią: Niech pan mnie źle nie zrozumie, wyszłam za wspaniałego mężczyznę, ale ona mi go odbiła, bo ja nie dawałam się obmacywać. Tyle tych szans zmarnowanych, ile liści na ścieżce do lasu. Tyle wyrzutów sumienia, że się nie zrobiło, nie zaryzykowało. Można rzec, że się dzięki stracie jednego zyskało co innego, ale to chyba nie jest takie oczywiste. Bo blizny zostają, mimo stosowania najlepszego balsamu. One jednym dają moc, by przeć przed siebie, a innym długą chandrę w jesienne wieczory.

Marzenie Woody'ego się spełnia, choć nie według wymyślonego przez niego planu.
Bo plany można i trzeba naginać.
Witka wierzby purpurowej kładzie się, gdy wieje wiatr. A gdy ten ustanie, sprężystym ruchem wraca do pionu.
Każdy by tak chciał.
Ja chcę.

..............................
* Nebraska, reż. Alexander Payne, 2013

czwartek, 2 kwietnia 2015

Skorupka

Białe futro.
Biały śnieg.
Białko.
Pies.
Wosk.
Skorupka.
Biały mak.
Co się zazwyczaj wykluwa z takiej bieli? Pewnie mgła jakaś, jak mleko gęsta i tłusta. Gąsienica w srebrzystym odwłoku, lśniąca od nowości i skrzypiąca. Biały pył, z którego się wyłoni grzbiet mgławicy i osiądzie na powiekach i rzęsach. Co jeszcze? Pomyśl, czego byś chciał. A wszystko Ci się wykluje. Ale musisz się przyznać, czego chcesz, a nie co Ci się należy. Kiedyś nie widziałam różnicy, dziś dostrzegam, że dostać można tylko to, czego się chce — ewentualnie to, czego się boi. Ale z tym ostatnim toczę wojnę do ostatniej skorupy.

Biała kiełbasa.
Biały chrzan.
Sól.
Sen.



środa, 25 marca 2015

Szkoła

W dzieciństwie szkoła wisiała nade mną jak widmo, czarna otchłań. 
Czułam na swoich plecach jej oddech, na samą myśl elektryzowały mi się włosy, nie wierzyłam wtedy, że to od białego swetra w granatowe bałwanki, który co rano wciągałam przez głowę, a raczej od wizji srogiej nauczycielki, która całą lekcję potrafiła pieścić w dłoniach drewnianą linijkę.



Śniadanie to gorące mleko, przed którym, chowając się za zębami, uciekały moje wargi. Chleb lub wyjątkowo bułka — grubo posmarowane masłem, obłożone twarogiem posiekanym z cebulką i szczypiorkiem. Lubiłam kakao, ale nigdy nie wystarczało czasu, aby je przygotować. 
Albo żółty ser, twardy, gorzki, sklejający usta, wysuszający gardło. 
i co rano — senne przeżuwanie bladożółtej masy, tępe wpatrywanie się w pustą czarność za oknem i mozolne rozpoznawanie dźwięków: koń, kogut, gęsi, krowa, korba od podwórkowej studni. 
I wesołe zanurzanie się w zimową iskrzącą przestrzeń, dawno i nie przeze mnie wydeptaną ścieżką.

Wiosny bywały trudne, pusta spiżarnia, mąki zaledwie na jeden naleśnik. Kanapki były z resztką pasztetu i cienkim jak papier kiszonym ogórkiem. Za to masła z mleka od własnych krów było zawsze pod dostatkiem i to ono sprawiało, że nawet w najgorsze lata miałam pucołowate i lśniące policzki.

Latem jedliśmy pomidory z małej szklarni przy domu. Piliśmy cienką herbatę, wrzucaliśmy do tornistrów kilogramy jabłek, gruszek, kopce wiśni i czereśni, morze poziomek, schowanych na dużą przerwę w małym słoiku. I radośniejsze myśli towarzyszyły nam w szkolnej drodze, którą pokonywaliśmy na skróty, przez płoty i mokre łąki, z duszą na ramieniu, że mama lub babcia zauważą brudne od trawy nogawki spodni i zaschnięte błoto na końcówkach sznurówek.

Dziś, gdy wchodzę do szkoły, czuję ten znajomy zapach dzieci. I ich tornistrów. Ołówków i kredek.
Kanapek, z których wycieka masło i dżem. Od których podręcznik do matmy pachnie kiełbasą.
I jakoś nie chcę wracać do klasy, chociaż któraś z nauczycielek zaprasza szerokim gestem, ale zrobię sobie dziś kanapkę szkolną. Czyli taką, która musi przeleżeć kilka godzin pod książkami, by odpowiednio smakować i nabrać mądrości.
Wyjmę ją jutro z wytłuszczonego papieru i zjem na długiej przerwie.
Może się z kimś podzielę.
Albo nie.




.......................................
* ilustracja z książki Ewy Puchalskiej Mam 6 lat. Autorem ilustracji jest Stefan Małecki.