piątek, 12 grudnia 2014

Po południu

Jak jest w grudniu po południu?
Światło nadchodzi falami, ale jest puste w środku jak bombka i takie też kruche.
Łatwo je z rąk wypuścić i żałować, że rozbiło się, uciekło kroplami, szybkie i dźwięczne jak kulki rtęci, aż w róg kadru... i tyle je widzieli...

Anonimy od zimy są krótkie i lakoniczne. Kryj się. Przeczekaj. Jedz. Listy podrzuca wraz z sadzą, która bucha z komina albo w popiele na palenisku. Taki kruchy płatek rozpada się w dłoniach jak puch, jak wiatr, pył spod kół... i tyle go widzieli...

A śniegu nadal nie ma. Gdzieś go czuć tam na zakrętach na polnej drodze, jest jakieś delikatne przeczucie, jakiś błysk nadziei, że biel nadejdzie znad wody szerokim zamaszystym krokiem, lodem da znać, że już czas najwyższy na koronkową robotę... Lubię szukać mroźnym popołudniem zastygniętych wodnych oczek w zardzewiałych puszkach, zagłębieniach dachu, w kałużach i miskach psów. Lubię tę zimową buchalterię delikatnych opłatków wody, przezroczystych landrynek na szybach drewutni, korali na płotach i szklanych pereł na liniach elektrycznych. Wszystkie te skarby chciałabym już mieć...

Śniegu, ty zbiegu, wróć i syp!



wtorek, 9 grudnia 2014

Orzeźwienie

W tym tygodniu tylko dwa filmy z Meryl.
W obu nosi ze sobą niemal wszędzie plecione torby, takie bez pretensji, nie do końca eleganckie, plażowe. Takie nowojorskie, gdzie wiele rzeczy nie jest naprawdę tym, czym się wydają. 
A co w koszyku? W filmie Zgaga* Rachel ma pewnie to, co młoda matka mieć powinna, czyli wszystko. Oprócz tego wszystkiego jeszcze notatki, dużo pysznych notatek, szczególnie, gdy jest się dziennikarką kulinarną i właśnie ogłasza się konkurs na pudding ryżowy. A do tego masę podejrzeń, bo mąż to bon vivant i właściwie nie należy na nim specjalnie polegać. I może na dokładkę sporo starań, by swój związek utrzymać, choć właściwie nie wiadomo dla czyjego dobra. Gdy Rachel odkrywa, że mąż Mark ją zdradza, najpierw ucieka, potem wraca, bo dzieci, a potem opowiada koleżance, jak się stara: Upiekłam kurczaka nadziewanego cytrynami i Mark orzekł, że jest pyszny. Zrobiłam linguini z sosem z małży. A Mark powiedział: Czegoś takiego jeszcze nie jadłem. Po kotlecie wieprzowym w musztardzie i śmietanie stwierdził, że odtąd nie wyobraża sobie kotleta w innej postaci... Staram się. Przez żołądek do serca, tyle kobiet tego próbowało i nadal próbuje. Z różnym skutkiem, bo to w końcu nie żołądek steruje życiem człowieka i raczej żaden inny organ, choć mózg tak bardzo się stara.
Swoją torbę przyciśnie więc do boku i ruszy przed siebie po raz kolejny...

W drugim filmie Molly* też nosi plecioną torbę, a w niej niespełnienie i pragnienie czegoś, sama nie wie czego. Dokądś nieustannie biegnie, to na pociąg, to jakiejś dorywczej pracy, to na zakupy, by zdążyć obrobić się ze świętami. W pośpiechu zjada hot doga z dużą ilością chilli i już jej nie ma... Jak wiatr znad zatoki, łopocze zwiewnymi koszulami i spódnicami, nigdzie nie przysiądzie. Ale coś ją w końcu przygwoździ na dobre. Miłość. Miłość wbrew temu, co się o niej mówi w romantycznych tonach, niesie ze sobą masę kłopotów, nie tylko wtedy, gdy dotyka tych już zaobrączkowanych i dzieciatych. Początek jest jednak bardzo romantyczny, zamienione książki w księgarni, przypadkowe spotkanie z ciemnowłosym Frankiem, rozmowy, których się wcześniej nie doświadczało, bogate, inspirujące, pozwalające dotrzeć do jądra samego siebie... Dopiero potem przychodzi czas na decyzję, co jest ważniejsze — to, co stare, znane, dobre, ale nieco nudne czy to, co nowe, jędrne i świeże? Jak to mówią, poproś, a dostaniesz, dostali, czego chcieli, teraz muszą pokazać co i czy tak naprawdę chcieli...

   
A ja naprawdę chcę dziś orzeźwienia, czegoś na kształt czerwcowej godziny 4.30 rano, gdy horyzont kroi się jak czerwony grejpfrut, ostrym nożem, wpuszczając przez szczelinę lekko kwaskowate światło, żółte cytrusem, od intensywności którego trzeba mrużyć oczy, a język zwija się w supeł.

W torbie przyniosłam mandarynek i cytryn, oglądałam je długo pod światło, spijając z nich kolor i wywąchując z ich skórek zapach egzotyki i kontenerowca, którym przypłynęły do mnie z daleka.
A gdy już zostaną same skórki, wysuszone na nitkach przy piecu, wrzucę je znów do torby i będą mi grzechotać aż do wiosny cytrynową melodię kwaśno-gorzkiego orzeźwienia.

 ................................
* Zgaga, reż. Mike Nichols, 1986. 
* Bohaterka filmu Zakochać się, reż. Ulu Grosbard, 1984.

czwartek, 4 grudnia 2014

Dwie

Dwie. 
Obie mają usta jak dojrzałe letnie owoce. Jak poziomki słodkie i jędrne, których tak mi już brak.
Kuszące. Obie fascynujące. Jedna z nich była żoną amanta niemego kina, a druga którąś z 35. kobiet w czerni, co to po jego przedwczesnej śmierci pielgrzymowały na grób, utrzymując, że są sekretnie poślubionymi ukochanymi. Która to która?

Jean — lubię jej urodę, dość współczesną, zdecydowaną, nie marzycielską, konkretną. Na zdjęciach późniejszych widać, jak fascynujące i przenikliwe ma oczy. Nie gardziła mężczyznami, ale kobiety kochała bardziej z jedną żyła do końca i obok niej jest pochowana. Jean była aktorką i performerką, także na filmowych planach Hollywood, tam oddawała się damskim i męskim miłostkom, tam należała także do Sewing Clubu, zreszającego aktorów kochających inaczej.

Marion — piszą o niej źródła, że była ruda i posągowa. Występowała w popularnej w Stanach rewii Ziegfelda i mężczyźni kompletnie tracili dla niej głowę. Kochliwa i uczuciowa, za mąż wychodziła trzy razy (w tym raz za bodaj niemieckiego barona, a raz za jednego ze słynnych braci Marx), dzięki mężom zdobyła małą fortunę, którą szybko straciła na ukochane pigułki nasenne.



One dwie i jeden Rudolf Valentino, aktor siedmiorga imion, bożyszcze pań i panów.
Która to jego żona? Którą karmił pikantnym makaronem, długim na sześć stóp, z czosnkiem, papryką i oliwą? Której przyrządzał swoje ukochane owoce morza?

Jean była jego żoną. Krótko i skandalicznie, ale to ona. Zerkam na jej zdjęcie i myślę, że chyba oczywiste jest, że uciekła przed czymś w to małżeństwo (szczególnie, że prawdopodobnie ich małżeństwo pozostało nie skonsumowane, mam nadzieję, że makaronu jednak spróbowała). Uciekła przed naturą i przeznaczeniem, w tamtych czasach tak się uciekało, chyba, że było się dostatecznie bogatym, by móc sobie pozwolić na ekstrawagancje w sypialni. Ale Rudolf zrobił jej przysługę i z wypadu do Meksyku wrócił jako bigamista, z nową, równie piękną żoną. I pewnie wtedy w Jane obudziła się wreszcie rasowa kobieta, która wie, czego chce i nie zawaha się po to sięgnąć...

A Marion? Rozedrgana, rudowłosa Marion, która szukała szczęścia w wielu ramionach — czegoś, czego nie dostała w dzieciństwie, może ojca, może bezpieczeństwa, a może przygody? Najpewniej idealnej miłości z najidealniejszym z mężczyzn, najbardziej krzepiącego z krzepiących snów i życia błyszczącego jak celuloidowa taśma. Wszystko, co mniej spektakularne, jest bez wartości. Maksymalizm perfekcjonistki to sztylet, który łatwo sobie samej wbić w pierś. A Marion nie miała sztyletu, tylko swoje ukochane nasenne pigułki, które pewnej nocy na kalifornijskiej plaży wreszcie przyniosły jej złoty, tym razem wieczny sen.

Nie mam w tym roku zamrożonych owoców. Trudno wyjaśnić, dlaczego tak się stało i dlaczego nie ma szans na owocowy koktajl, który rozbudzi ten dzień szary, pachnący śniegiem.
Choć z drugiej strony, naprawdę, nie ma się czego bać, to tylko zima, którą Wiosna zabije* już wkrótce...

...................................
* z wiersza e.e. cummingsa, Jesteś jak śnieg ale w tłumaczeniu Julii Hartwig.

sobota, 29 listopada 2014

W sosie


Pisałam kiedyś o miłości do fasoli.
A dziś rano, gdy gotowałam gar pięknego jasia, przypomniał mi się fragment bardzo zabawnej książki: A kiedy ma się w domu czterysta funtów fasoli, można się nie bać głodu. [...] mając fasolę, człowiek jest bezpieczny. Fasola to dach nad żołądkiem. Fasola to ciepły deszcz, który chroni przed ekonomicznym zimnem*.

Jedna z bohterek tej opowieści karmiła bowiem swoje dzieci tylko i wyłącznie fasolą. Były żwawe, zdrowe i rezolutne. W pewnym momencie tej historii przyjaciele wyposażają jej dom w inne wiktuały: warzywa, owoce, kasze, sery — i ustalony porządek od razu się psuje. Dzieci chorują na żołądek, nie chcą jeść, marudzą. Tylko fasola i tylko taka w dawno temu wymyślonym sosie, przywraca ład w domu. Dzieci wracają do równowagi, a ich matka zyskuje bezcenną wiedzę: to, co jest dobre, jest dobre, a lepsze jest tego wrogiem. Trzymaj się sprawdzonych sposobów, jasnych, prostych ścieżek, tras opisanych i wielkokrotnie pokonanych. Dalej, za granicą map, mieszkają tylko smoki. Zostańmy tu, gdzie nam dobrze, w ponurym kącie listopada, z nogami przy ogniu, z gorącą miską na brzuchu, wypełnioną słusznie przyprawioną fasolą.

Na wyzwania zostawiamy sobie skoczny styczeń, gdy dnia przybywa i wszystkie noworoczne postanowienia będą miały wreszcie okazję radośnie rzucić nam się na szyję — w końcu dawnośmy się nie widzieli...


................................
* John Steinbeck, Tortilla Flat. Tłum. Jan Zakrzewski.

środa, 26 listopada 2014

Cukinia

Pięknie brzmi. Jak landrynka obracana językiem w ustach.
Dobra, piękna cukinia. Kształtem ponętna, zdrowa zielenią i jędrna miąższem.

Dziadek był kierowcą, woził węgiel i ryby, jeździł na Śląsk i pod granicę, jeszcze wtedy radziecką. Wyruszał o trzeciej nad ranem, rozsiewając wokół siebie tajemnicę podróży, niepokój nieznanego miejsca, materializującego się nazwą w rozświetlonej kuchni. Czułam zapach ciemnej szoferki, benzyny, skóry wysłużonej kurtki. Babcia dawała dziadkowi kanapki z salcesonem zawinięte w szeleszczący papier i na drogę karmiła „czymś ciepłym” — kaszanką z cebulą, kiełbasą podsmażaną na smalcu, plackami ziemniaczanymi z cukinią i czosnkiem.

A ja zostawałam w łóżku, w cieple prześcieradeł przesiąkniętych smażeniną i poduszek zdobionych wyszywanymi niebieskimi kwiatkami, wyobrażając sobie, jak dziadek wyjeżdża drogą obrośniętą starymi bukami i skręca w ciemność mojej fantazji. Daleko.

Pięknie brzmi, naprawdę pięknie..
Cukinia


piątek, 21 listopada 2014

Makaron

Bywały takie dni, gdy zbiegając z pokoju na strychu, potykaliśmy się na schodach o paczki z mąką. W kuchni pykotały gary z wodą, a na każdym wolnym skrawku blatu, stołu, stołka, parapetach i półkach suszył się makaron. Długie nitki, krótsze nitki, grubsze i cieńsze. Potem ciotki gotowały, aż im nylonowe fartuchy parowały na biuście. A potem podawały rosół... I cisza zalegała nad talerzami, nic jej nie mąciło, poza stukaniem łyżek. Co w tym jest takiego? Rosół tak, jak najbardziej, makaron sam, też niczego sobie, ale razem to jest jak ta romantyczna miłość, co to każdy wie, jak wygląda, ale jedynie wybrani przeżyli. Połączenie doskonałe, ekstaza, raj...

Wierka dość często odwiedzała jedno takie miejsce na końcu bazaru, gdzie pod brezentowym daszkiem przyrządzano najlepszy na świecie łagman*. Stał tam potężny, z ogoloną na łyso głową, pięknie zbudowany chłopak z nagim torsem i chłostał się po plecach i piersi długimi pasami ciasta.
Niektórzy patrzyli na niego z obrzydzeniem i krzyczeli do niego:
— Hej, co ty wyprawiasz?
Na co odpowiedział wesoło:
— Smaczniejsze będzie!

Nieco drastyczna metoda przydawania smaku, ale kto wie, może jest w niej więcej sensu niż nam się wydaje. Kiedy pytaliśmy babkę o sekret jej drożdżowego, które potrafiło wyrosnąć na dwanaście centymetrów, często powtarzała, że to krople potu, które podczas wyrabiania ciasta spadały z jej czoła do dzieży. Oznajmiała tym samym, że trzeba się nielicho narobić, by coś było dobre. Trzeba do tego czasu i cierpliwości, samozaparcia, zapału i nie mieć przed oczami jedynie chęci zysku czy poklasku, ale chęć sprawienia komuś radości.

Makaron zjadam dziś z pietruszkowym pesto.
A potem, na rozweselenie zimy, co to podobno idzie już, ale i na szare listopadowe dni, gdy tak mi źle, tak mi żle, taki mi szaro, każdy dzień ciągnie się jak makaron*, uszyję torbę z kolorowych kawałków z szafy ze strychu. I pomyślę o tym, że gdyby ułożyć ten makaron, co go w życiu babka zrobiła, jeden za drugim, to okrążylibyśmy świat kilka razy...




....................................
* łagman — uzbeckie określenie makaronu.
* Dina Rubina, Po słonecznej stronie ulicy. Tłum. Margarita Bartosik.
* piosenkę Tak mi źle śpiewał Wojciech Gąsowski.

wtorek, 18 listopada 2014

십일월*

Usiadłem na dworcu autobusowym, żeby się zastanowić. Zjadłem następny kawałek szarlotki i porcję lodów; właściwie nic innego nie jadłem podczas całej podróży przez Stany — było to pożywne i oczywiście pyszne*.

Jeszcze kilka dni temu szeleściło pod stopami, teraz zapadam się po kostki w kożuchu ze starych gałęzi, mokrych liści, przepalonych sosnowych igieł i zużytych buczynowych nasion. Pachnie gęstą ziemią, dobrze wyprażonym popołudniem, słodem i białą czekoladą pleśni. Warto by było czegoś poszukać w tym dniu, ale jest tak ciemno, że łatwo pomylić skarb ze papierkiem po cukierku. A można też podnieść śmiecia ze ścieżki, a w domu odkryć, że kawałek podartego zdjęcia, które niebezpiecznie coś nam przypomina...


Poza pożywnymi szarlotkami, bo jabłek dużo w tym roku, kot i ja pieczemy w tym roku zatrzęsienie kruchych ciastek, cienkich jak dębowe, brązowych jak jaworowe i chrupiących jak klonowe liście. Smarujemy blachy masłem i łapiemy w nie światło jak w blendę, tak nam go mało. Przeganiamy nimi dzikie panny melancholie, co stoją w progu i błagają o chwilę uwagi. Wyjmujemy jeszcze gorące ciastka z pieca, ja swoje wkładam do kieszeni, a kot swoje turla do furtki i idziemy nad staw zobaczyć jak żaby zagrzebują się w mule na zimię. Widowisko!



Kto w listopadzie włożył ręce w kopiec kreta, wie, jak ziemia jest jeszcze ciepła latem. Jak pachną dłonie osadem z poprzednich wiosen i zim, jak wspomnienia same pchają się do wyjścia, jak przypominają się obrazy, wydaje się, zapomniane, zepchnięte przez rzeczy pozornie ważniejsze. Krety łaszą się do rąk, jakby to pieszczoty rozdawano za darmo! A na pieszczoty trzeba zasłużyć opowieścią, pieśnią, rysunkiem kredkami ołówkowymi, mapą gwiazd, świeczką z prawdziwego wosku, dobrym słowem. Wieczorem, gdy już ciemniej być nie może, wieczorem, czarnym jak lukrecja, oglądamy encyklopedie, pełne zdjęć i obrazków, szukając krajów pieprzu i wanilii. Słowo listopad, namalowane pędzelkiem, wygląda jak komiks naskalny: pierwszy obrazek — rozłożona książka na kolanach, drugi — pochylona nad nią głowa, a na trzecim — ta sama głowa, która — owładnięta jakąś fascynującą historią — znika w samym środku strony i w samym środku opowieści...

Zaintrygowana encyklopedyczną notatką o Kubie, rumie i białych plażach, następnego dnia, gdy kolejna porcja owsianych dochodzi w piekarniku, na kolanie zwijam w cygara długie rododendronowe liście... A kot czeka z zapałkami....



.............. 
* 십일월 w języku koreańskim oznacza „listopad”.
* Jack Kerouac, W drodze. Tłum. Anna Kołyszko.