wtorek, 14 lipca 2015

Humory pana Woolf

Och, przygotujmy coś lepszego niż gruszki, Nelly, pan Woolf jest dziś w nie najlepszym nastroju i obawiam się, że same gruszki nie wystarczą, by poprawić mu humor*.

Jak nie gruszki, to jagody albo jeszcze lepiej borówki. Duże i tłuste, w środku świeże jasnym miąższem i świetliste, a nie ciemne i mokre jak jagody. Od jagód brudzą się zęby, a to przystoi być może dzieciom, które po łopianowych zaroślach bawią się w zombie, ale niekoniecznie licuje z powagą pana Woolf. Borówki będą idealne. Zebrane z krzaka, łypią granatem z dna koszyka, trochę zadufane w sobie: Tak, tak, do poprawiania humoru my będziemy najlepsze...!

To zrobimy tak: ukręcimy kruchego ciasta, zrobimy budyniowy krem, a na wierzch wysypiemy borówek, gęsto, by między gryzami nie było wątpliwości, czy aby nam się na pewno ten humor poprawia. Potem pakujemy ciasto do pudła i zabezpieczamy na tylnym siedzeniu starego jaguara, pożyczonego od szalonego automobilisty. I pędzimy przed siebie wąską, wijącą się drogą jak w filmie Allena Magia w blasku księżyca, w którym Stanley wiezie wiecznie głodną Sophie przez krajobrazy Prowansji. Przez lornetkę wypatrujemy łagodnego zbocza, na którym rozściełamy koc, rozdajemy serwetki i pałaszujemy ciasto, popijając je lemoniadą z kwiatów czarnego bzu.

To widziałam w dzieciństwie, gdy z lornetką z odpustu właziłam na dach dziadkowego kurnika i obserwowałam okolicę...
I nie ma takiego humoru, panie Woolf, którego nie umiałabym poprawić...
Proszę zapisać: Borówka. 
Przez o z kreską.


...........................................
* Michael Cunningham, Godziny. Tłum. Maja Charkiewicz i Beata Gontar.

czwartek, 2 lipca 2015

Rozpusta

Rozpustę idealną widzę dokładnie jak John Irving, zawarta jest w kilku zdaniach jego książki Ostatnia noc w Twisted River: Kałamarnica, którą kucharz przygotowywał dla syna na drugie danie, należała do kategorii „bez końca”. Dusił ją powoli z pomidorami z puszki oraz przecierem, z dodatkiem czosnku, bazylii, suszonej czerwonej papryki i czarnych oliwek. Na samym końcu dorzucił orzeszki piniowe i siekaną pietruszkę, a następnie polał sosem makaron penne i dosypał z boku nieco pietruszki. Bez parmezanu. Po makaronie poda Danielowi sałatkę z fasolki szparagowej, może z odrobiną koziego sera; kupował go w Vermoncie, smakował całkiem do rzeczy*.

Wiadomo, że to jest ten czas. Czas wszystkiego, czas nieskrępowanej kulinarnej rozwiązłości. Rozpusta przypieczętowana plastrem z buraka i sokiem z poziomek ściekających po rękach. Jest wszystko, z ptasim mlekiem włącznie. Są korzonki, jagody, liście pokrzywy, słodka lebioda i bób. Jest sałata, chrupiąca piaskiem w zębach, kawałek ryby od sąsiada, czerwona cebula i kapary (cóż zrobić, ze słoika). Wybór przyprawia o ból głowy, o dygot serca, że jeśli nie zje się czegoś dziś, jutro będzie za późno albo będzie jeszcze więcej opcji do wyboru. Ten jeden miesiąc w roku natura przypomina współczesny świat, zepsuty przez nadmiar i niemożność podjęcia decyzji. A i tak przecież w ogrodzie jeszcze nie ma ogórków, nie ma śliwek na drzewach i jabłek też nie ma, a groch dopiero rozwija cienkie strąki. Już jest wystarczająco ciężko.


Królowie lata już biegają po łąkach bez butów.
Bez koszul, tylko w swoich jędrnych, nastoletnich ciałach. Szukają, eksplorują, kwestionują. Testują swoją męskość, gnani testosteronem w środek lasu, chcą polować, wyrąbywać dla siebie kawałek przestrzeni i zdobyć odrobinę szacunku. Zaopatrzeni w nóż i przekonanie o swojej nieśmiertelności są czystym żywiołem i energią. Energią, która nie bierze pod uwagę faktu, że lato skończy się szybciej niż się obejrzą, a kasa na czarną godzinę, podebrana rodzicom, rozpłynie się na kurczaki z supermarketu tuż za drogą oddzielającą dzicz od cywilizacji. Ale to kiedyś, teraz liczy się ten moment spalania, czas jasnego i równego płomienia, który nie musi wiedzieć, że oliwa w lampce kiedyś się wypali. To jest jedna z tych czystych chwil, o których się pamięta w dniach ciężkiej jesieni życia i w chwili śmierci. To jedno lato, gdy człowiek czuł się jak Bóg, bardzo młody Bóg.

Lato rozpusty.
Niech trwa.

kadr z filmu Królowie lata


................................................
* John Irving, Ostatnia noc w Twisted River. Tłum. Magdalena Moltzan-Małkowska.
* na dole kadr z filmu Królowie lata, reż. Jordan Vogt-Roberts, 2013.



wtorek, 23 czerwca 2015

Paprykarz


W pociągu, nazywanym studenckim, bo startował w niedzielne popołudnie, pachniały nim przedziały i korytarze. Pachniał nim mój plecak i notatki. Czuć go było w sali wykładowej w czasie drugiego śniadania. Nawet panowie doktoranci prezentowali pofarbowane nim usta podczas cotygodniowych konsultacji. Był, potem zniknął, a dziś wraca. Mnie to cieszy.

Paprykarz, 
czyli ryż i łuski. Suszona papryka i ości. Puszki po nim zalegały śmietniki za akademikami, grał na nich deszcz, wiatr turlał po betonie. Nieliczne uświadomione koleżanki od czasu do czasu próbowały nas nawracać i jednym tchem wymieniały, co w tych puszkach tak naprawdę było. Ale nikt nie chciał tego słuchać, a jeden z drugim ostentacyjnie wyskrobywali nożem resztki, które przykleiły się do wieczka, wywołując u akademikowych wegetarianek spazmy nudności. Ja też nie słuchałam, buła z paprykarzem to była dla mnie zawsze bezpieczna przystań. Szczególnie na pierwszym roku, gdy do domu daleko, lista lektur długa jak noc listopadowa, sami nieznajomi dookoła, a w portfelu kłaczek kurzu i nitka. Biała buła z margaryną i centymetrową warstwą rybnej pulpy z koncentratem pomidorowym ratowała moją duszę od zguby i żołądek od zaniku. Do dziś jestem wdzięczna tej puszce za wszystko, co dla mnie zrobiła...

Po latach zajrzałam do niej ponownie. Niedawno, gdy znalazłam w sklepie do złudzenia podobną do tych, które woziłam w plecaku studenckim pociągiem. Jakbym odbyła podróż w czasie i podczas niej odebrano mi kilka kilogramów, doświadczeń i tych paręnaście zmarszczek, które cierpliwie sobie wypracowałam. Jakbym miała na głowie — zamiast tego, co mam dziś — tylko lekki wianek z polnych kwiatów. Chleb, margaryna i paprykarz. Dobrze przyprawiony, pomidorowy i tłusty. Palce pofarbowane pomarańczem na resztę dnia. I na resztę życia.

Przyszło lato, co my na to?


....................................
* notatka numer trzysta, trudno uwierzyć...

środa, 10 czerwca 2015

Między piwoniami, między powiekami


Ogród raportuje:
Bzy kwitną wciąż.
Rośnie szpinak i sałata.
Rzodkiewka różowieje.
Poziomki zarosły chwastem.
Mięta rozsiała się na cały zagon.
Drozdy wydziobują dżdżownice z truskawkowego pola.
.........................

A kiedy kładę się na trawie, to między piwoniami, między powiekami, więc właściwie między jawą a snem, widzę koleżanki z dzieciństwa. Koleżanki w zwiewnych sukienkach, żółtych jak płatki bratków, koleżanki tak samo młode, gdy je zostawiałam po ósmej klasie, jędrne, słodkie i dziewczęce. O twarzach pełnych życia, pełnych tajemnic młodości i planów. Biegają po trawie na bosaka i krzyczą. I jest to krzyk witalny, niemalże niekontrolowany, pochodzący z ziemi i podbijany jeszcze dodatkowo tupotem zdrowych nóg na ścieżce. I zatęskniłam za nimi wszystkimi, za każdą z osobna. One są w stanie przywrócić mi trochę tych momentów, co mi się pomału w pamięci zacierają, a które nadal i wciąż wiszą nade mną jak latarnia, dzięki której jeszcze na poważnie się w życiu nie zgubiłam.

Później, dużo później odkryłam, że wśród wszystkich ważnych osób naszego życia wyróżniamy w jakiś szczególny sposób właśnie te z nich, które znają nasz dziecinny świat i czas, który nas ukształtował. Były wtedy przy nas, dzieliły z nami tamte doświadczenia. Tacy ludzie są potem jakby powiernikami pierwszej tajemnicy. Cała reszta późniejszych przyjaciół zna nas tylko w tej części, do której zostali przez nas dopuszczeni, w części lekko podreżyserowanej, części niejako „na wynos”. Nie są przez to mniej ważni, po prostu z woli losu nie dostąpili najwyższego szczebla wtajemniczenia i nic na to nie da się poradzić. Będą nam bliscy, ale już nie tak jak tamci mieszkańcy Krainy Początku, obywatele na specjalnych prawach*.

W tej Krainie Początku nie wiadomo jeszcze, że kilka z tych żółtobratkowych dziewcząt zostanie młodo babciami, nikt nie ma świadomości drobnych zmarszczek pod oczami, lekko już zmęczonej skóry, nikt nie wyobraża sobie bólów kręgosłupa od siedzenia za biurkiem, żylaków, rozciągniętej skóry na brzuchu po dzieciach. Widzę je wtedy, gdy wypełnia je niczym nie zmącona dziewczęca, chrupiąca energia. I tam je zostawię, w tym ogrodzie pełnym piwonii, świeżej marchwi i pikantnych rzodkiewek.

..............................
Słoneczniki wyszły z ziemi.
Groch się owija na tyczkach.
Szałwia rozkwitła fioletem.
Już czas na lato.



....................... 
* Izabella Cywińska, Dziewczyna z Kamienia.

niedziela, 24 maja 2015

Trzaski i postukiwania w męskiej skorupie


Woda już się gotowała, wrzuciłem do niej tagliatelle. Oliwa w żeliwnych garnkach skwierczała w wysokiej temperaturze. Pokroiłem kilka ząbków czosnku, wrzuciłem je do garnka, dołożyłem małże i przykryłem pokrywką. Wkrótce ze środka rozległy się trzaski i postukiwania. Polałem wszystko białym winem, posypałem pokrojoną pietruszką i po kilku minutach zdjąłem z płytki, tagliatelle przerzuciłem do durszlaka, przyniosłem pesto, i gotowe*.

Zazdroszczę mężczyznom tej książki. Żyję z literaturą od urodzenia i o kobietach jeszcze czegoś podobnego nie czytałam. W środku drugiego tomu mam życzenie, by mnie w nim zamknięto i odczuwam dziką radość na samą myśl, że gdy tylko uzbroję się w cierpliwość, to z bezwstydną przyjemnością czytać będę i trzeci, i czwarty, i piąty, i szósty też. Nie chcę z tej książki wychodzić, bo ona jest jak sezam ze skarbami, które nigdy nie były nikomu pokazywane. O których nikt nie wiedział, bo mężczyźni utrzymywali, że ich w ogóle nie ma. Zazdroszczę facetom tego autora, który się poświęcił, żeby pokazać światu wnętrze prawdziwego mężczyzny. Poświęcił się, bo zraził do siebie całą rodzinę, pół kraju, z którego pochodzi, a i pewnie wielu z mężczyzn, którzy tę książkę z pewnością odczytają jako zamach na męskość i epatowanie czymś, co winno pozostać tajemnicą. Autor ze sfery cienia wyciągnął bowiem słabość, łzy i wątpliwości — czyli coś, czym „prawdziwy” facet nigdy się nie pochwali...

Ale prawdziwy facet jest właśnie tacy jak wszyscy inni, choćby tylko dlatego, że (jakby banalnie to nie zabrzmiało) jest człowiekiem jak każdy. Jak każdy inny facet, jak kobieta, jak dziecko, ojciec, matka, kolega i nauczyciel w szkole. A człowiek musi być słaby, by mieć siłę i płakać musi, by móc przez całe tygodnie nie płakać. I musi mieć wątpliwości, by w momencie próby być pewnym i zdecydowanym.
Może chcieć i nie chcieć w jednym momencie, zupełnie jak kobieta, która ma przyzwolenie na takie zachowanie. Może płakać do utraty tchu jak dziecko zrozpaczone po stracie chomika, może być zacięty w swoim uporze jak nauczyciel, który nie chce się przyznać do błędu, a po trzydziestce może się zakochać jak jedenastolatek, może się bać jak ojciec, który nie umie przytulić nastoletniej córki i może być miękki jak matka, która nie chce się rozstać z synem, który jedzie na studia na drugi koniec globu. Facet może to wszystko, zawsze mógł, i mam nadzieję, że robota Knausgårda nie pójdzie na marne, że męska część świata sobie o tym przypomni i przestanie trzaskać i podskakiwać jak pokrywka na garnku pełnego pysznego smacznego sosu z małż i wina. Chcielibyśmy (chciałybyśmy) tego sosu spróbować...

Życzę Nobla, panie Knausgård!

..........................
* Karl Ove Knausgård, Moja walka. Tom 2. Tłum. Iwona Zimnicka.


piątek, 8 maja 2015

Rok burzy

Christina O'Gorman. Zdjęcie ze strony www.mashable.com

Majowej burzy nie oszukasz, szybsza i płodniejsza od samej Matki Ziemi.
Sama sieje i sama zbiera. Kotłasi pierzaste i wydyma chmurzaste waciaki.
Gęsta i dumna, idzie, drze liście, gna piach pod krawężnik, kręci wiatrem jak biczem.

We śnie idziemy przez las, by poczuć powietrze zlane deszczem,
ale nie przesiąknięte zmokłym kurzem asfaltu.
Na polanie czerwony hydrant, a pod jego kołnierzem z drobin wody skaczą dzieciaki i jaszczurki.
W przerwie harców dzieci poznają świat przyrody, ściągając jaszczurkom skórę przez głowę.

Jeśli jest ci duszno, rozepnij guzik koszuli, jeśli jesteś zmęczony, siądź na liściu,
mrówka przyniesie ci lody. Zimny powiew chłodzi szalone białe grona bzu nad werandą.
Niezwykły blask złota w kieliszku. Kropla wina zawieszona na paznokciu małego palca.

Na drodze ruch. Może z tej burzy kto łaskaw zabierze nas autostopem... Miasto i kolejna duszność.
Nieznośny kaszel, stołeczne dławienie w gardle. Kierowca zostawia nas na rogatkach, kierunek centrum.
Nie do uwierzenia: obudzić się w środku burzy z jaszczurczą skórką w ręce.

A po burzy... Spokój...
Na brzegu syrena. Widać i czuć, że noc była burzowa. Powietrze sine i ciężkie, trzaska iskrami, naładowane elektrycznością, mokry piach, drewno łódki nasiąknięte wodą. Ta syrena nazywa się Christina O'Gorman i to zdjęcie powyżej zrobił jej ojciec w... 1913 roku. Nie wierzę, nie ufam, przyglądam się i sprawdzam. Ale to musi być prawda. Wielu* twierdzi, że 1913 to był rok, w którym zaczęły się współczesne czasy, a skończył stary świat, rok, w którym ma początek nowa sztuka, pełna ognia, poczucia zmierzchu, ale i nadziei na nowe rozdanie. To wtedy Proust pisze dzieło swego życia, w Kafce demony krzyczą już na całe gardło, a gołonoga Christina pozuje tacie do zdjęć, w które trudno uwierzyć. Tak jest współczesna, tak świeża, a jednocześnie ma w spojrzeniu coś jasnego, czego źródła z początku nie rozumiem, a potem mnie olśniewa — w jej twarzy jest nieświadomość tego, co szykuje dla świata historia. Ona nie wie nic o koszmarach XX wieku, o wszystkich rewolucjach, rozprężeniu w ciele i umyśle, o odrzuceniu zasad i zastąpieniu ich gadżetem. Ona tego nie wie i ma moją szczerą zazdrość. Ona jest przed tym czasem, w którym nam przyszło żyć. Ma z pewnością swoje własne problemy i problemy czasów, w których żyje, ale doprawdy, widzę na jej twarzy więcej spokoju niż twarzach całego mojego pokolenia kobiet...

Ale konwalie już są i pachną pewnie tak samo jak wtedy, gdy Christina pozowała ojcu na plaży w hrabstwie Dorset. W 1913, w roku, w którym Tomasz Mann rozmyśla nad Czarodziejską górą.





.....................................
*  Zdjęcia Christiny, wykonane przez jej ojca, można obejrzeć na tej stronie.
* Polecam książkę 1913. Rok przed burzą Floriana Illiesa, tłum. Ewa Kochanowska.