poniedziałek, 8 września 2014

Mleka krople


Tam, przy drodze, rosły buki, rozczochrane, zielono-czarne, gęste jak smoła od liści, co stały w upale i tylko błyszczały, błyszczały. Przykleiły się dłonie do kory, białe, a brudne pod paznokciami, szorstkie, zgrubiałe w opuszkach. Pusto się w sercu zrobiło, coś jakby strach obleciał, jakby ukradł kto dech z piersi, kłuło, jak kłuło.

Tam, w łóżku, pod oknem z żółtymi zasłonami w wiatraki pies śpi z nim w gorącej pościeli. Pchły pod poduszkami. Opalone, odkryte plecy pod wilgotnym prześcieradłem, między palcami nóg wyschnięty kłos żyta, pusty, bezdźwięczny, a szumi przy otwartym oknie. Po ścianie chodzi tęcza od obrazu Czarnej Madonny z kolorowych szkiełek. Muchy spijają blask z szyby, kołyszą się nici babie, dzikie wino się leje po framudze. Puściej się w sercu zrobiło, coś jakby strach obleciał, bolało, jak bolało. Dusza się paliła od słońca, płowiała jak suknia, co ją zapomniano zdjąć ze sznura. Trudno wyrwać się spod pierzyny, kiedy tam, pod pierzyną, świat cały na guziki zapięty, kiedy tam wszystko, czego można chcieć. Warkocz ciężki, mokry, jak powróz przywiązany do poręczy. Piersi pełne, aż się chce dotykać, przeciągać, by się lekko uniosły, pokazały spod koszuli. Jedna stopa już na podłodze, w sandale, druga szuka jeszcze czego w poszwie, korali, jakiejś wilgoci, potu, co jak śmierć wieczny i nie do sprania. Przykleiły się dłonie do kory, jasna skóra z piegami, a twarde, mocne.

Tam, w łóżku, pod oknem z żółtymi zasłonami w wiatraki ręka za ręką, równo za sobą, jak gęś za gęsią, jak kropla deszczu za kroplą. Jednym rytmem, jednym czuciem. Powieki zaciśnięte, czuwa tylko dotyk, powtarzający lekcję do nieprzytomności palców, zdrętwienia ust, poplątania włosów i języków. Wszystko ciałem, sosnowa poręcz, wapno ściany, suche ziele u wezgłowia. Nie widzieć, a całować, gdzie plama słońca, gdzie ciepło. Otwierać ramiona na ostateczność, na kres, na spazm, na krzyk.

Tam, przy drodze, rosły buki, roztrzepane wiatrem, gęstozielone, liściaste, co w słońcu tylko błyskały, błyskały. Pustka się w sercu zrobiła, ukłuła, ktoś jakby ból przysłał naumyślnie. Ziemia się rozchyliła, pokazała korzenie, grzeczna, zaprasza, by się zapaść, by uciec, zapomnieć. Jak zapomnieć, kiedy prowadzi za rękę, przez próg do jasnego pokoju. W oknie żółte zasłony w wiatraki, pies pod piecem, ziele u wezgłowia, Czarna Madonna z kolorowych szkiełek. Patrzy bez uśmiechu, pewny, drżący brzuch odsłania. Odrzuca pościel, rozdmuchuje pył, co się rozniósł dookoła, zgarnia pot z czoła ustami. Jakieś słowo gada prosto do ucha, krople śliny, jak spragniony kot mleko, zlizuje z szyi, korale rozpina zębami, wyjmuje żyto z włosów, śmiech się toczy po podłodze. Przykleiły się dłonie do kory, starte, gładkie, silne.

Tam, pod oknem z żółtymi zasłonami w wiatraki, świeżo pościelone łóżko, puste, chłodne. Czarna otchłań strachu na progu pokoju, pies się łasi do stóp, idzie pod piec, strzepuje pchły z ogona. Blask bije z okna, sama dobroć wlewa się do domu, czyste, białe światło zagląda w oczy, spędza mgłę, pozwala krążyć krwi, choćby ją później trzeba było rozlać, rozetrzeć w palcach na proch. Wahanie krótkie jak sen. Chodź, dam ci korale z bursztynu. Puściej się na sercu zrobiło, coś jakby rozpacz przyszła, dusiła. Jakby od siebie samej nie było ratunku. Przykleiły się dłonie do kory, ciemne od cienia, słodkie od dotyku, lepkie od mokrej skóry.

Tam, przy drodze, rosły buki, nastroszone, cierpkie od kwaśnych liści, co stały w upale i tylko się mieniły, mieniły.

piątek, 5 września 2014

Kolacja rozbitka

Poszliśmy, mimo że na łowienie ryb zdecydowanie było za późno. Wszystkie spały po drugim śniadaniu, tylko niektóre leniwie obgryzały nasze przynęty, nie mając jakoś ochoty na śmierć w tak piękny dzień. Ze dwie płotki, jakiś okonek, nic więcej.
A chciałoby się ryb, szczególnie, gdy siedzi się na gorącym pomoście i czyta Teatr ryb*: Pani Duggan przyholowała z kambuza ucztę, złożoną z tradycyjnych rodowych smakołyków: maślanych bułeczek, mleka w puszce, woskowatej marynarskiej kiełbasy bologna i "kolacji rozbitka", czyli wszystkiego razem, wrzuconego do jednego gara. Na śniadanie dostawaliśmy kociołek "ryby z brewis" — oleistej paciai przyrządzonej z solonego dorsza, cebuli, rozgotowanych sucharów i skrawków boczku. Zapachniało rybą, ale tylko w wyobraźni, wędki ani drgnęły...

Zerknęłam na jezioro, na plażę z miękkim piaskiem i wzięła mnie tęsknota za skalistym lądem, za ostrym powietrzem, tnącym płuca na kawałki, za solą wszędzie, za historiami rybaków, którym zamknięto morze i którzy — zamiast splatać sieci — splatają tylko opowieści.

Ale nie tęsknię za Nową Fundlandią, raczej za surowością i prostotą. Za płotem bez reklamy, za ciszą wieczoru, za stukotem kół pociągu, nieprzerywanego dzwonkami telefonów. Za szorstkością babki, która nie słodziła mi życia cukierkami, tylko nauczyła rozpalać w piecu i karmić kurczaki. Która rzadko przytulała i znała mało pochwał, ale do dziś pamiętam dzień, gdy sama usmażyłam jajko sadzone i talerz postawiłam przed dziadkiem, a babcia poklepała mnie po plecach.

Wszystkie złowione ryby wypuściliśmy do wody, dla trzech małych rybek nie warto rozgrzewać patelni. Przyjdziemy jutro z samego rana, gdy w zaroślach, na rozklekotanym statku, spać będą jeszcze piraci, oddychając zatęchłymi oparami rumu. Pod kamieniem białe robaki, butelka soku chłodzi się w wodzie, przywiązana za sznurek do deski pomostu, złote ważki kąpią się w słońcu, żyłka plącze się wokół palca, a tuż pod powierzchnią wody kłębią się srebrzyste syrenie ogony.

Niechże zaśpiewają:
I've seen your face 
On the floor of the ocean 
At the bottom of the ray*.






............................................
* John Gimlette, Teatr ryb. Podróże po Nowej Fundlandii i Labradorze. Tłum. Hanna Pustuła-Lewicka.
Piękna opowieść o hardych ludziach, skalistym kawałku ziemi, który pomału się wyludnia, gdyż po wytrzebieniu niemal całej populacji dorsza nadal obowiązują tam obostrzenia połowowe.
* Fragment piosenki Nicka Cave'a i The Bad Seeds, Mermaids.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Miętowa rzeka

Kajakiem płynęłam rzeką Miętową*, pusto było i nieco wietrznie.
Ważki podwoziliśmy parę mętrów do przodu, a one wciąż zawracały z regularnością rozkładu lotów samolotów. Woda czysta, przejrzysta, wieczna i metalicznie zielonkawa.
Złapałam wiosłem lato za rękaw, bo ono siedzi już na płocie, gotowe do odejścia za łąki i stawy.
Zimno się łasi — chce, by je oswoić. Zapłacę mu złotówkę, by poczekało jeszcze z tydzień.

Nazbierałam koniczyny na widoczek*. I jeszcze znalazłam ususzoną ćmę za kominem, a na progu liść pomarańczowy. Pod szkło same wśliznęły się ciekawskie insekty, słońce bijące w szkiełko zachłannie łapiąc w skrzydła.
A wieczorem usiedliśmy przy herbacie i w aromacie suszących się grzybów i wspominaliśmy dawno temu poznaną słodycz jarzębinek w czekoladzie. Słodycz kwaskowatą, ale wszystko w niej było: i dzień, i noc, i śmiech i złość, ciepło południa i chłód zachodu, rozczarowania i mocy.

Mija wiosna, lato, już jesień u mych drzwi,
Już się ze mnie śmieją dziewczęta z mojej wsi. 
Tylko jarzębina poradzić może mi, 
Co mam biedna robić przez tyle długich dni*.

....................................
* Rzeka Miętowa to fragment rzeki Brdy, nazwany tak przeze mnie, ponieważ obrośnięty jest kępami mięty.
* Widoczki to zabawa z dzieciństwa — pod kawałkiem szkła układało się kwiaty, kamyki i zasuszone owady, tworząc obrazy. Umieszczało się je w trawie, oznaczając miejsce patykiem (lub nie oznaczając wcale).
* Fragment piosenki Jarzębina, z tekstem Anny Jakowskiej, śpiewanej przez Sławę Przybylską.

środa, 20 sierpnia 2014

Drylowanie

Drylowałyśmy.
Czternasty raz w tamtym roku, bo obrodziło wszystko, nawet ogórki miały pestki wielkości grochu.
Stoły w ogrodzie spływały krwią wiśni i śliwkową posoką. Dookoła brzęczały roje insektów, pijanych cydrem i agrestowym winem, a koty, zazwyczaj śpiące i niemrawe, z pasją oblizywały stosy pestek.
Między nami siedziała prababka Wieśki. Chuda, zasuszona, papierowa. Ręce przezroczyste, ścięgna niemal wystające spod skóry. Była już wtedy kompletnie oddana przeszłości, temu, co było przed wielu laty, w zupełnej pogardzie mając to, co jest dziś, co było wczoraj. Nie pamiętała imion swoich dzieci, wnuków, nie wiedziała, jaki jest dzień i rok, pamiętała za to sukienusię i kapelusik w kwiatki, w których pomykała do kościoła, słodkie placki z lukrem, wykradane z kuchni. Co rano kazała się Wieśce czesać w dwa chudzine, siwe warkoczyki i przewiązywać niebieskimi wstążeczkami. Wychodziła potem na spacer ze stadem psów, które przygarniała i nie pozwalała nikomu dotknąć, sama je karmiła i spała z nimi w swoim pokoju. Z praprawnukami bawiła się w chowanego, wyskakując zza zasłony i strasząc je bezzębnymi dziąsłami. Babka już kompletnie odleciała — komentował z lekkim wstydem ojciec Wieśki.
Drylowanie było jedynym zajęciem, przy którym prababcia zupełnie się uspokajała. Uzbrojona w ulubione szydełko, z każdą pestką wydłubywała z siebie opowieść.



Całe ustępy były o bieliźnie, jaką panienka musiała mieć, by się uważać za pannę na wydaniu. O koronkach nicianych, jedwabiach i koszulach nocnych. O dziurkowaniu bawełny, obszywaniu lamówką w jesienne wieczory przy świeczce lub naftowej lampie. O marzeniach o mężu, który będzie łagodny w obejściu i nie będzie śmierdział za bardzo papierosami. Miska z wypestkowanymi śliwkami wypełniała się pomału, a prababcia gnała po sadach z zalotnikami, z dziewczętami w muślinowych sukniach albo z wypiekami na policzkach czytała list od panicza, który zawiadamiał, że się będzie strzelał z konkurentem do ręki. Prababka podnosiła wtedy głowę i zaznaczała tak trzeźwo, jak to możliwe: Ja tu wam, dziewczęta nie opowiadam bajek, tak było, wszystko prawda. Kiedyś ludzie mieli gorętsze serca, do miłości się rwące, dziś świat zimny, a ludzie jak z lodu nieczuli. I śpiewała jakąś niezrozumiałą piosenkę, a od jej skrzekliwego głosu chmary wróbli i pliszek z dzikim świergotem wzbijały się w powietrze.

Zanim umarła, zdziczała bez reszty — pisała do mnie Wieśka w liście. Babcia biegała z psami po obejściu, przez łopiany i dzikie wysypiska śmieci. Daję słowo, słyszałam chyba jak szczeka. Chuda i szybka, trudno ją było znaleźć w gęstwinie liści i doprowadzić do domu na jedzenie. A potem przyszedł dzień, gdy wszystkie psy zaczęły przeraźliwie szczekać i piszczeć, bo dusza prababci, wtulona w stygnące ciało, próbowała dostać się do nieba. Próbowała, bo jakby jej to nie szło. Jakby babka miała zwierzęcą duszę, która nie jest nieśmiertelna i nie może być zbawiona.

Czasem z zazdrością patrzę na psa, który ma w nosie zbawienie, ale i doczesność.
A który ma w uszach wiatr, na łapach piach i kwiaty łopianu w sierści.
I zlizuje sok ze śliwek, spływający po ceracie z ogrodowego stołu.
Czyli właściwie ma wszystko.

piątek, 8 sierpnia 2014

Owies, gryka i zen

Babunia mówi, że jestem taki mały, bo nie jem dosyć owsianki. Staram się jeść dużo, ale babunia daje takie wielkie porcje! [...] myślę, że od tej owsianki rozchoruję się kiedyś i umrę*. Tak dyrdymalił Jaś Irving w Ani z Avonlea. A mi nic tak latem nie smakuje jak micha owsianki ze śliwką albo wiśnią. Albo ze wszystkim, co się da. Najlepiej dużo i ciepło. Wszystko potem mam z głowy, obiad i podwieczorek, dopiero przy kolacji pojawia się głód, ale głód wymizerowany, który podnosi się jak mgła w górach, delikatnie, elegancko, w sam raz na zdanie: Coś bym przekąsiła....

Gotujemy zatem kaszę gryczaną, niepaloną, białą i słodką, mieszamy z grzybami i śmietaną. Wsadzamy ją do cukinii, która prawie zrobiła podkop pod płotem, by zażyć wolności. Nic z tego, poświęcimy ją na ołtarzu smaku, ustroimy ją miętą i szałwią, by wyglądała jak z obrazka, jak ze stołu Hannibala Lectera z nowego serialu, w którym estetyka gra pierwsze skrzypce, a goście na biesiadach czują wstyd przed wysmakowanymi daniami. Zjemy pod ciemniejącym niebiem, pod gwiazdą, która — okropnie spóźniona — mrugnie do nas złotym okiem.

Ale na razie jest rano. Po bliskim spotkaniu z kuprem szerszenia, wydzieraniem ziemi korzeni chrzanu i liczeniem kur, co się rozbiegły w panice przed lisem, właściwie nie dzieje się nic. Kilkaset podrosłych szpaków formuje na niebie mandale i obrazy jak z piasku. Migocą ich białawe podbrzusza, a już ułamek skundy później furkoczą szare skrzydła. A gdy obsiądą najbliższą brzozę, nie można usłyszeć własnych myśli, taki gwar, świergoty i ptasie ploty.

Nawet dobrze jest przeczytać już wszystkie książki na lato. Historie dojrzewają, rozsiadają się we mnie, analizuję je sobie pomału, delektując się nimi jak lokalnym piwem. Tysiące mgnień świata, który wokół nas, a którym wiemy tak mało. Matadźi*, spowita w sari, która zastanawia się nad sallekhaną, która pozwoli jej spokojnie i z godnością pożegnać się z życiem. Koleś*, amerykański genialny aktor i pieśniarz, który żyje wg pięciu buddyjskich przypomnień (Moją naturą jest się starzeć, nie sposób uniknąć starości, brzmi to prawie jak bluźnierstwo w ustach kogoś, kto życie spędził w Hollywood).
Przemyśliwam je sobie, wysączam z nich energię na jesień.

I jem jabłka.


.......................... 
* Ania z Avonlea, Tłum. Rozalia Bernsteinowa.
* Matadźi, mniszka, jedna z bohaterek fantastycznej reporterskiej książki Williama Dalrymple'a Dziewięć żywiołów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach. Tłum. Saba Litwińska. Sallekhana to cel niektórych mnichów, ostatnie wyrzeczenie, długi proces rezygnacji ze wszystkiego, także z ciała, powolna i świadoma śmierć.
* Koleś, czyli filmowy Lebowski z filmu braci Cohen. Gra go Jeff Bridges, w życiu pozaekranowym pieśniarz, buddysta, oddany walce z głodem na świecie oraz szczęśliwy w małżeństwie od blisko 40 lat. Razem ze swoim przyjacielem, mistrzem zen Bernie Glassmanem, napisali książkę Koleś i mistrz zen. Tłum. Robert Sudół.  

środa, 30 lipca 2014

Wielkie piękno odgrzewanego ryżu



Jep Garbardella lubi odgrzewany ryż. Jest lepszy niż świeżo ugotowany.
Wszystko jest odgrzewane w dzisiejszym świecie. Wszystko już było. Rzymianin, (Rzym! Przecież to tam się zaczęło niemal wszystko!) wykształcony jak Jep, dobrze o tym wie, odnajduje echa dzisiejszej "sztuki" w tym, co już było, w obrazach, rzeźbach, budowlach — przetrawione, przemielone, zwrócone z żołądka popkultury. Jednocześnie sam jest — może nawet wbrew sobie — takim tworem współczesności. Jep to symbol tego, czym stała się cała Europa, ze swoją kulturą, stylem bycia i pociągiem do bycia autorytetem we wszystkim. 
Muzyka gra w tle nieustannie, nie ma ciszy.

Bóg ostatecznie umarł, a wiara to cukierek dla osieroconych.
Dzieci nie dorastają, zakleszczone w nadopiekuńczości rodziców.
Rodzice nie dorośleją, w cekinowych kreacjach, z drinkiem w pomarszczonych rękach, podrygują w rytm przebojów, a dla swoich dzieci nie mają dobrej rady, tylko spazmatyczny płacz.
Indywidualizm w krzywym zwierciadle — człowiek jest najważniejszy, nieprzemijająco piękny, zdrowy i młody.
Świat traktuje się jak zbiór obrazów, które trzeba utrwalić i się nimi pochwalić. A jak nie światem, to choćby swoim nagim ciałem.
Z wartości została jedynie wartość pieniądza, ale i on jest wart jedynie na tyle, na ile dzięki niemu można komuś zaimponować, na ile można się wykreować. Hipokryzja posunięta do granicy — najpierw wyśmiać jakieś zachowanie, a potem je zrealizować (jak Jep na pogrzebie), by innych zaszokować i się wyróżnić.
Ludzie się o siebie obijają jak atomy w próżni, nikt poza podziwem już niczego od nikogo nie chce. 





A jednocześnie świat nadal jest zachwycająco piękny.
Te zachody i wschody. Te spokojne lub rozedrgane tafle jezior i oceanów. Potęga. Światło, którego nic nie jest w stanie podrobić. Śpiew. Cień nocy. Wspomnienie młodości, kobiety. Pocałunek, ale tylko ten pierwszy. No może literatura, ale coraz rzadziej. Jep napisał jedną książkę i na tym zakończył się jego talent. Czyli właściwie znów jesteśmy w sytuacji jak po wielkim wybuchu, gdy nie ma już żadnych trwałych wartości, gdy więzi międzyludzkie się pozrywały, gdy można wszystko zacząć od początku. Problem w tym, że się nikomu nie chce, bo z lekcji historii zapamiętaliśmy przynajmniej tyle, że lubi się ona powtarzać — więc żaden wysiłek nie ma sensu, zostanie bowiem unicestwiony przez tryby czasu. Lepiej dla nas wszystkich pobujać się w hamaku ze szklaneczką czegoś mocniejszego w ręce. 

Wielkie piękno.
Piękna katastrofa.

.............................
kadry z filmu Wielkie piękno, reż. Paolo Sorrentino, 2013.