Wrócić w pościel choć na moment.
Nie mieć umysłu jak wysuszony pomidor.
Odetchnąć, nabrać w ręce czasu trochę i nie oddać nikomu.
Połowa maja, a ja nie wąchałam jeszcze bzu.
Książka, otwarta na stronie 245, zakurzyła się lekkim pyłem z dmuchawców.
Gwar przycicha.
Droga ucieka.
Jutro znów ją zacznę gonić.
czwartek, 16 maja 2013
sobota, 11 maja 2013
W puszce
Tak mało czasu...
Co tam macie, co tam macie dobrego w puszce?
Maliny i miód!
W puszce?
W pustej puszce po grochu zielonym, zjedzonym już!
A my mamy sardynę, kałamarnicę i śledzia w sosie karminowym jak usta.
I jeszcze byczka jednego, bardzo swarnego!
Aha ha!
Co tam macie, co tam macie dobrego w puszce?
Maliny i miód!
W puszce?
W pustej puszce po grochu zielonym, zjedzonym już!
A my mamy sardynę, kałamarnicę i śledzia w sosie karminowym jak usta.
I jeszcze byczka jednego, bardzo swarnego!
Aha ha!
środa, 8 maja 2013
sobota, 4 maja 2013
Tu tutaj
jest tak jak zawsze.
Jaskółka, zięba, bocian.
Wyliczanka majowa.
Konwalia i fiołek.
Pakuj tobołek.
Droga daleka i biała.
Panna ociemniała.
Szary płaszcz, w kieszeniach szparagi.
Więcej chleba i odwagi!
...............
Stary klon, srebrny buk, szary dąb
wczorajszy kochanek zgubił złoty ząb...
wtorek, 30 kwietnia 2013
W szkle maj
To, co w szkle, zezłoci się jeszcze bardziej — ech, słodycz wina i figowej konfitury!
Maj nadchodzi, najsłodszy, najbardziej złocisty miesiąc, w którym rodzi się najwięcej owadów, tych mocnych — z pierwszych jaj złożonych po długiej zimie i tych słabych, które po jednym dniu życia wypełnionym pracą, stają się pożywką dla nieruchawych jaszczurek. Maj pełen sprzeczności — niech no zakwitną bzy i korony krzewów wypełnią się brzęczeniem i furkotem delikatnych skrzydeł! W samobójczej pogoni za nektarem tysiące z tych kruchych istnień polegną na wietrze, na powierzchni kałuż i szybach samochodów...
Samobójca żyje tak jak niektóre motyle: szybki lot, wstrzymany dech, strzelenie palcami albo mrugnięcie okiem, "teraz widzisz, teraz nie", tyle, ile zajmuje dotarcie od A do B. Więc ta sekunda musi być niesamowita: natychmiastowe poznanie, pojęcie wszystkiego; bo czy jest coś ważniejszego od wiedzy, dokąd się zmierza i ile czasu potrzeba, by tam dotrzeć?*
Puść moją rękę.
Dalej idę sama.
Pod dachem z żarnowców, laurowiśni, berberysu i kaliny doprawdy spotkać mogę jedynie Królową Pszczół, miodu pełną. Pod liśćmi krzewuszki nie zmoknę, pigwowiec mnie wykarmi, a tamaryszek da różową suknię — i tak oto kolejny raz przyroda pokaże mi jak bardzo jest samowystarczalna.
A wieczorem pod jaśminem położę się na moment, zmęczona, a niebo spadnie mi na głowę.
................................
*Rodrigo Fresán, Ogrody Kensington. Tłum. Tomasz Pindel.
piątek, 26 kwietnia 2013
Panie głodne
Panie głodne? A co by panie zjadły, czym by się dały poczęstować?
Naprzód wjeżdża blaszana taca z przystawkami, podzielona na szereg przegródek. A więc oliwki zielone i czarne, małe pikantne cebulki, cykoria, kartofle przyrządzone na ostro. Potem znakomita zupa rybna, kuzynka królowej zup — marsylskiej bouillabaise, popularnie mówiąc rosół z ryb, wsparty smakiem czosnku i korzeni. Płat polędwicy opiekanej z pieprzem. Ryż z pobliskiej Kamargi. Wino i ser*.
I jak, może jeszcze deser? Nie, jednak nie...
Liście wystrzeliły w ciągu nocy, zaszumiały pękającymi kieszonkami i wypuściły lekko klejące, zielonkawe igiełki. Przełamało się w przyrodzie na dobre.
W kieszeni mały kamyk, we włosach piach i drobiny kurzu, droga ubita, z krzaków forsycji na cienkich linach wędrują na moje ramię młode pająki, ciekawe sezonu godowego — koty już od dawna śpiewają po nocach...
Czuję maj pod połami płaszcza, delikatny aromat bzu i magnolii. Powojnika i szalonego puchatego mlecza. Jasne noce i błękitne, chłodne poranki. I tylko jedna jedyna okazja, by nie przegapić tych wiosennych mgieł nad świeżo obsianym polem. Wypiję dziś ostatnią butelkę domowego wina i puste szkło zniosę do piwnicy. Usiądę na progu i zacznę wyobrażać sobie tegoroczne zbiory...
A na deser rurka z kremem.
...................................
* Zbigniew Herbert, Barbarzyńca w ogrodzie.
niedziela, 21 kwietnia 2013
Łagodny powiew
I tak wyglądała moja kariera hollywoodzka — to był mój ostatni wieczór w Hollywood, a ja smarowałem musztardą kanapki na tyłach sracza przy parkingu*.
Co idzie od rzeki w te dni, w których nikt już nie pamięta o śniegu?
A on jeszcze gdzieniegdzie jest i jak wyrzut sumienia kłuje w oczy tych, co wtulają twarz w hiacyntowe bukiety, tych, co szybko zapomnieli i zaczynają narzekać na gorąco.
Od rzeki idzie łagodny powiew, a wraz z nim swąd rozkładu, wodorostów i przedwiosennych obietnic. Zapach niezrealizowanych wyjazdów, słów niewypowiedzianych, zapomnianych przyjaciół. Idzie też zapach głodu, przygód i zdecydowania, by tej wiosny wreszcie zrobić hollywoodzką karierę. Wybór pomiędzy smarowaniem kanapek na tyłach sracza w Hollywood a smarowaniem ich za budami fast foodów na bulwarze polskiego miasta jest właściwie oczywisty: zawsze lepiej tam, gdzie da się z tego faktu ukręcić bardziej malowniczą legendę...
Sroka na dachu śmietnika słucha jak pękają pąki kasztanowca.
Tymianek przetrwał zimę i rozsadza donicę korzeniami.
Cieciorka się gotuje.
Pyk, pęknie pięknie...
* Jack Kerouac, W drodze. Tłum. Anna Kołyszko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








