poniedziałek, 11 stycznia 2016

Nitki

Zanim pójdziesz na rodzinny obiad do swojego włoskiego narzeczonego, weź kilka lekcji jedzenia nitek. Nie ucierpi wtedy ani bluzka, ani duma, ani wytapetowane ściany wynajętego tanio brooklyńskiego mieszkania. Łyżka i widelec, odrobina cierpliwości i sympatia teściowej pewna. Ellis*, młoda Irlandka, po kliku miesiącach życia w Nowym Jorku, zostaje zaproszona na włoską kolację, gdzie i pokłócić się można i dobrze zjeść. Zawija nitki z pomidorowym sosem na widelec z wprawą rodowitej Włoszki. A potem, krótko po tej zakończonej sukcesem kolacji, zmuszona będzie połapać inne, tym razem życiowe nitki.

Bywa tak, że w życiu masz czegoś za dużo. Dajesz radę przetrzymać chwilę, w której nie masz nic, a potem spada na ciebie — jak to mówią — złoty deszcz. Przed momentem bezrobotny — dostajesz kilka propozycji jednego dnia, zakochany — los pokazuje, że zauroczenia chodzą parami, niezauważany — wszystkie światła na ciebie. Za dużo szczęścia na raz — uniosą ten ciężar tylko, ci, co potrafią wybierać i nie łapią się na błyskotki. Ci, którzy przez dłuższy czas potrafią się trzymać wybranej wcześniej drogi. Trzeba dysponować mocnym wewnętrznym rusztowaniem i piękną kretonową spódnicą, dzięki której między kuszącymi propozycjami przechodzi się niczym królowa.

kadr z filmu Brooklyn.

Młodość jest takim stanem bogactwa. Wszystko masz, a świat jeszcze ci dorzuca nowe oferty. Rzeczywistość jest piękna, jędrna i możliwa. Rozpacz przekuć można w euforię w mgnieniu oka, a lęk na razie sprowadza się do instynktu przetrwania. Prawdziwy strach przyjdzie dużo później. Teraz białe noce, jasne dni, świetliste horyzonty. Nitka nawija się z nitką, kobierzec się tka, kto raczy wiedzieć, jak będzie wyglądał za lat dwadzieścia, po tysiącach obrotów Ziemi, milionach decyzji, setkach ludzi, z którymi się zamieniło słowo? Ellis obejrzy swoje dzieło — jak każdy — po tym, jak dotrze do niej, że jest w połowie życia i na pewno jęknie, że można było lepiej, inaczej...

No właśnie nie można było, bo...

To, czegośmy się bali, przyszło, 
Lecz mniej przerażające —
Lęk trwał tak długo, że się zdało 
Niemal logicznym końcem — 

Przed każdą Grozą — jest Prób seria — 
Przed Rozpaczą — Przymiarka — 
Ciężej jest wiedzieć, że coś Czeka 
Nas — niż że nami Targa — 

A Przymierzanie Najgorszego —
Rankiem — gdy nas oniemi — 
Straszniejsze — niż gdy jest nam 
Strojem Do końca dni na Ziemi*.


..............................................................
* bohaterka filmu Brooklyn, 2015, reż. John Crowley.
* wiersz Emily Dickinson, To, czegośmy się bali, przyszło. Tłum. Stanisław Barańczak.

wtorek, 22 grudnia 2015

Do tam, gdzie nie ma tam

Chciałoby się:
w samym środku tłustego makowca
zobaczyć lekkiego bielą sterowca...

Nie czekać na cud, cudów nie ma. Czasem tylko rzeczywistość się rozszczelnia na moment i robi się na tyle jasno, gdy wszystkie jej warstwy dają się na siebie nałożyć i powstaje spójny obraz, w którym wszystko się zgrywa, fonia z wizją, kolory ze sobą, a czas trafia w punkt z dobrym słowem, ostrzeżeniem lub prezentem od losu.

Ominęła mnie w tym roku nostalgia świąteczna. Pewnie przez brak śniegu, choć do tego w ostatnich latach można było przywyknąć... Coś mi odczarowało magię tych świąt i dotarło do mnie, że właściwie zarówno moja babka, jak i pewnie wiele innych kobiet, znanych mi w dzieciństwie, z przyjemnością rzuciłyby w tak zwane diabły te wszystkie pierogi i kapusty, ten cały slow food i przeleciałyby się z przyjemnością do sklepu po gotowe frykasy. A dziadek wcale chętnie by nie strugał flecika z leszczynowej gałązki, gdyby mógł pójść kupić do centrum handlowego świecąco-grającą zabawkę prosto z Chin. Kiedyś, dawno temu, moja osobista babka rzekła mi, że jak myśli o świętach, to ją skręca z niechęci. I robi jej się słabo, gdy sobie uświadamia, ile to roboty. I to mimo pomocy gromady dzieci i wnuków. Nie dla niej pierwsza gwiazda, dla niej był trzykrotnie mielony mak, wystany nocą w kolejce do gminnego sklepu.

A ja co? A ja nic. Jakbym utknęła między tym, co wyniosłam z przeszłości i tym, co te nowe biblie na offsetowym papierze piszą o zwykłym życiu, konopnym sznurku, osobiście wydzierganych szydełkiem prezentach i świadomym konsumowaniu ryby, a tym, co pamiętam z namiętnie oglądanych w nastoletnim życiu amerykańskich seriali. Wyposzczona chudymi świętami w minionym ustroju, nie mogłam oderwać oczu od ekranu i choinki, zajmującej zazwyczaj pół wielkiego salonu. W kominku rozżarzone polana, w wiszących nad nim skarpetach moc prezentów w lśniących opakowaniach i obwiązanych metrami błyszczącej wstążki. Pledy kraciaste, poduchy na sofach, czekolada z piankami w wielkich kubkach. Wezwanie matki do tarcia warzyw na zgrzebną rybę po grecku odbierałam w tamtym czasie jako profanację tego jedynego słusznego świętowania — po amerykańsku.

Ten klincz można jednak wykorzystać. Po amerykańsku będzie i zwyczajnie, razem, zgodnie jak mak i kluski w wigilijnym daniu. Będą leszczynowe fleciki w błyszczących opakowaniach. Taki układ świąteczny z napierającymi z dwóch stron różnymi potrzebami. Przy święcie i przy wspólnym stole będą musiały się ze sobą pogodzić... Albo przynajmniej spróbować, bo zgoda w ostatnim czasie to towar nie do dostania...

Śniegu, właściwie tego najbardziej wszystkim życzę...
Po bieli dojść można by tam... mimo że tam nie ma żadnego tam*...


...............................................
* Whenever you get there, there is no there there — Gertrude Stein.

piątek, 20 listopada 2015

Wiśniowa nafta

Na dolnej fotofrafii siostra Elkins. W serialu The Knick gra ją Eve Hewson.

Chyba nie zdradzę za wiele, jeśli napiszę, że siostra Elkins* podczas kolacji z pewnym dżentelmenem po raz pierwszy spróbuje koktajlu Martinez*. To wyzwanie dla delikatnego podniebienia młodej pielęgniarki (choć jak wiemy, z niejednego pieca kąsków już próbowała).
To bardzo wytrawny drink, boski — jak podsumowuje towarzysz pielęgniarki, boski nektar, przygotowany niemal z samych gorzkich składników, w tym z likieru maraskino, który jest zrobiony z destylatu z wiśni dalmatyńskiej. Smakuje jak wiśniowa nafta — orzeka siostra Elkins, ale nic jej nie powstrzymuje przed kolejnym łykiem...

Nie taką gorycz wszak pić będziem. Koktajl Martinez doprawdy niczym jest przy wytrawności, jaką poczęstuje nas życie. Właściwie w zestawieniu z tym, co przynosi rzeczywistość, orzec można, że jest wręcz słodki. Nowy Jork roku 1900 to nie jest przecież kaszka z mlekiem dla kobiet. Gorsety, ciężkie suknie, kapelusze niczym torty — ale gdybyż tylko to! To z łatwością dałoby się znieść, gdyby można było robić, na co się ma ochotę: mieć własne zdanie choćby w kwestii swego ciała, dostać prawo głosu, studiować prawo lub medycynę, stanowić odrębność od rodziny, ojca, brata, być dla świata wystarczająco atrakcyjną bez stojącego za plecami męskiego patrona. A i tak panny miały chyba zdecydowanie lepiej — mogły pracować, bo tak zwane dobre małżeństwo w tamtych czasach to był dla kobiety koniec wszystkiego. Zredukowana do domu, dzieci, zależna od męża doszczętnie, osuwała się albo w bezbrzeżną nudę, albo w obłęd. Do kuchni nie miała wstępu, zwykłego ciasta upiec sobie nie mogła, nawet jajek rozkłócić służba jej nie pozwalała. Kobiece nasiadówki przy herbatkach dobroczynnych, dopasowywanie kwiatów do serwetek albo odwrotnie, kościół i wizyty u modystki — właściwie tyle mogła.


Dlatego też kibicuję siostrze Elkins, życząc jej nie dość atrakcyjnych kandydatów do ręki, byleby jak najdłużej zachowała swobodę ruchów i myśli. Ona być może będzie takim podmuchem, który wznieci płomień w żarze kobiecych pragnień i planów. Myślę o tej niepozornej pielęgniarce, patrząc przez okno na drzewa i na liście w wiśniowym kolorze, ostatnie, bo właśnie silny wiatr wszystkie zdziera z gałęzi. I myślę też o tym, że sto lat po siostrze Elkins kobiety znów muszą zrewidować swoją pozycję w świecie, który dał im — jak się im zdawało — wszystko czego chciały, ale nie odjął wcale tych obowiązków, co je wypełniały do tej pory. Tylko, czy będzie z tej refleksji jakiś nowy kobiecy ruch? Historia lubi się powtarzać, a ja ostatnio często mam powracające déjà vu. Dziś jest równie ciężkie dla nas niczym rok 1900 dla siostry Elkins. Zarazy, przemoc, nacjonalistyczne nastroje, eugeniczne eksperymenty i narkotyki. Wielkie reformy, wielkie biznesy i wielkie krachy. Wielkie nadzieje, naukowe odkrycia. Młodość, która bierze górę nad swoimi konserwatywnymi rodzicami. Wielki strach, ale i wielka ciekawość, co przyniesie nowy wiek. Wszyscy mężczyźni w moim życiu, którzy mieli świecić przykładem, żądali szacunku i czci. Ale zdradzili mnie, zawiedli i odrzucili. Dlaczego im na to pozwoliłam? Wszystkie to robimy. To bez sensu. Mam dość. Nie dostaję tego, na co zasługuję. — A na co zasługujesz? — Na coś lepszego.

Siostro, skalpel! Już czas!

...........................................................
* Siostra Elkins, pielęgniarka w nowojorskim szpitalu, bohaterka serialu The Knick, 2014, reż. Steven Soderbergh.
* Martinez — koktajl na bazie wermutu, ginu, likieru maraskino i kilku kropli angostury. Podawany z językiem ze skórki cytryny. Pierwszy raz przepis na ten drink pojawił się w 1884 roku w książce OH Byrona, Przewodnik nowoczesnych barmanów.  

środa, 28 października 2015

Pożegnania


To jest rok pożegnań. Pożegnań różnego kalibru.
Kończy się na przykład sezon na jedzenie w parku. W słoneczny dzień aż chciało się stać w długiej kolejce do dobrego Chińczyka albo gorącego Meksykanina, a potem wraz z reklamówką, którą przebijały plastikowe sztućce, szukać dobrej ławki. Dobra ławka oznacza taką, która nie stoi przy uczęszczanej ścieżce, ale jest w miarę nasłoneczniona, a widok przyjemny się z niej rozciąga. Na staw, na trawnik, na jakieś zacne, pokryte złotem drzewo. Dużo serwetek na kolanach, jedna przezornie pod brodą i doprawdy już to wspomnienie sprawia, że nie wiem jak dam radę przeżyć do wiosny bez tych parkowo-gastronomicznych dni. Kiedy to harmonia osiąga stan doskonałości, kiedy wszystko do siebie pasuje, kiedy zgrywa się zapach jedzenia z zapachem przyrody, gdy zarówno zbliżenie na widelec, jak i pejzaż w tle są równie ekscytujące. Kiedy świeże powietrze chłodzi makaron, a z burrito idzie dym w korony drzew niemal jak z ogniska podczas wykopków.

Skończył się też sezon na góry. Przynajmniej dla mnie, bo nie umiem i nie jestem przygotowana do chodzenia po górach zimą. Uzbierałam w tym roku kilka krajobrazów, które śnić mi się będą w ciemnogranatowe grudniowe noce. I dźwięk strumienia i kroki tych, co zazwyczaj szli szybciej niż ja. Na moim twardym dysku zapisałam też aromat herbaty z grubym plastrem imbiru w pewnej wyluzowanej knajpie pod pewną bieszczadzką górą i kabanosy w deszczu jedną górę dalej na południe. Łąka w kolorze spłowiałego brezentu, popielate ranki i kropla słońca w Sanie.

Te powyższe to może i nie pożegnania, a zakończenie sezonu. Nie tak bolesne, bo z wiosną nastąpią nowe otwarcia. Pożegnać się jednak przyjdzie na zawsze z czymś, czego żal, ale z czymś, co pętało nogi i wykoślawiało spojrzenie na świat. To dobry rok na ostateczne pożegnanie tego dzieciaka, co siedzi w środku i dyrygował mną ze środka. Apodyktycznym, rozżalonym, niedopieszczonym przez tych, co powinni w swoim czasie dopieścić, lekceważącym samego siebie i starającym się wszystkich zadowolić. Myślącym o sobie na samym końcu, gdy wszyscy już dostali to, czego chcieli. Z tym zalęknionym, co gada ogólnikami lub każe się domyślać innym, czego chce. Hołubiło się tego dzieciaka przez lata, ale właściwie nie wiadomo, czy się go wychowało na porządnego człowieka. Chyba raczej nie, bo wierzga i nie ma ochoty być samodzielny. Dobrze mu w cieple, które zna i wykurzyć go stamtąd niezmiernie trudno. Rozmowa bywa niemożliwa, bo nieustannie się obraża.

A ja muszę z nim porozmawiać. Najpierw wezmę na kolana i dam smakołyk, jak to z dzieckiem. Może dojrzałą gruszkę, może fistaszków sześć, może gęste kakao. I wytłumaczę, że dzień dziecka się skończył i teraz trzeba się zdefiniować nieco inaczej. Mówić wprost. Nie kłamać. Żądać. Zakreślać i dookreślać. Nie uciekać. Nie robić podkówki, nie demonstrować łez. Myśleć o sobie dobrze, o sobie nie zapominać. Mieć wreszcie świat głęboko w kieszeni, jeśli nie chce czegoś dać, to albo samemu wziąć, albo przyjąć do wiadomości, że tego nie da się dostać. Nie katować się za każde potknięcie, nie karcić za każde wypowiedziane zdanie, ale i unikać rozdwajania każdego słowa na to, co z wierzchu i na to, co pod spodem. Nie podejrzewać, że jest drugie dno, a może trzecie, któż to wie? Pamiętać, co było, ale nie rozdrapywać. Czekać na to, co będzie, ale być przygotowanym, że życie może się potoczyć według innego scenariusza.

To są oczywiście oczywiste oczywistości. Ale każdy, co próbował zrealizować choćby jedną z nich, poległ na pierwszych tysiącu prób. Ładne, gładkie zdania prosto z poradników psychologicznych, a trudne do wykonania jak (przynajmniej dla mnie) maturalne zadanie z matematyki. Pozazdrościć tym, co zaczęli, co potrafią już i ci, którzy są już o siebie spokojni. Mogą z czystym sercem planować kolejne sezony parkowych przekąsek. Ja muszę się jeszcze nauczyć gotować zwykłe potrawy.



I będzie to pewnie rok pożegnania z blogiem. Przeprowadził mnie przez kilka ciekawych lat, dał możliwość poznania kilkorga ludzi, pozwolił uporządkować myśli i poćwiczyć formułowanie komentarzy. To jeszcze nie jest pewne, jeszcze poczekajmy, jeszcze się nie spieszmy, ale coś w środku podpowiada, że czas byłby ruszyć w nieco innym kierunku. Mam nadzieję, że równie ciekawym. Jesień pokaże, w którą to stronę...




środa, 30 września 2015

Wrzosiec

Lately I've been losing all my time
All that mattered to me slipped my mind 
Every time I hit another town 
Strangers appear to lock me down 
Lately I've been losing all my time 
The mystery that no one knows 
Where does love go when it goes?*

Nie należy do w domu trzymać podobno, bo — jeśli niczego nie przekręcam — przynosi nieszczęście. Tylko kiedy? Wtedy, gdy stoi w domu? Czy może po latach trafi we mnie grom i doznam olśnienia: po co trzymałam te wrzosy w wazonie? A trzymałam kiedyś w glinianym kubku przez kilka dobrych lat parę gałązek zebranych w szczęśliwym dla mnie dniu. Aż się zupełnie obsypały z kulek, zostały tylko puste, czarne kikuty. No i co dalej? Bardzo bym to chciała wiedzieć — czy to już? Czy jeszcze poczekam? A może tylko się tak człowiekowi wydaje, że to co jest nieszczęściem, to tylko odważny krok w nieznane, którego nie chce zrobić? Że to jedynie jakiś zakręt, który można wziąć z rozpędu? I dlaczego tak łatwo myli się nam nieszczęście ze strachem przed pójściem do przodu?

Jak patrzę na te drobne różowe płatki, na te odcienie fioletu i lawendy, to mi od razu pachnie świerkowy las, piaszczysta droga i jagody na języku. Taki karmelek z żywicy, torfu, soku z brzozy i miodu z koniczyny o smaku pełnotłustej jesieni. Obracam go między zębami i naprawdę przestaję wierzyć w nieszczęścia i sploty fatalnych okoliczności. Każdy ruch jest wyborem i nie ma ślepych sił, które pchają mnie w objęcia katastrofy. Najczęściej sama idę w jej stronę, zupełnie dobrowolnie i jeszcze na dodatek myślę, że robię sobie dobrze.

Nazbierane grzyby, po deszczu ich niemało. Może będzie pasztet, może mus, może tylko zupa z koprem, co nigdy nie zamarza na grządce. Może nic nie będzie, tylko usiądę przy koszu i na nie popatrzę. Może ostatnie słońce tego lata wysuszy je na aromatyczne plastry, które zimą poratują moją duszę?

No może.



.......................
* tekst piosenki Lary Lynn, Lately.

niedziela, 6 września 2015

Diabły


Czy komuś z Państwa już uleciały diabły?
Czy rzeczywiście z nimi ulatują anioły, a może to tylko propagandowy chwyt?

Oglądałam kilka dni temu portugalski film Tabu*. Jego bohaterka, Aurora, ma męża i nosi jego dziecko. Ale pojawia się Ventura, zwięzły w ciele jak młody Redford (bo trzeba zauważyć, że akcja toczy się na gorącej farmie u stóp gór, a film nawiązuje do Pożegnania z Afryką) i wikłają się romans, który przestaje jednak być romansem dość szybko. Z powagi sytuacji nie zdaje sobie jednak sprawy mąż, który, gdy już się dowie, sytuację rozwiązuje zdecydowanie: kładąc Venturę na łopatki i zabierając żonę do domu. I Aurora z biegiem czasu wyrzuca ze swojego życia diabły, za które ma nieprawomyślne uczucie do swojego blondkochanka. I prawdą jest, że po pewnym czasie odchodzą anioły — ucieka od niej córka, Afryka odjeżdża w siną dal, Aurora wraca do Portugalii na łaskę i niełaskę swojej pomocy domowej i jednej życzliwej sąsiadki. Pieniądze przegrywa w kasynie, otoczenie podejrzewa o spisek i chyba cały czas trzyma w dłoni tę karteczkę z nazwiskiem swojej dawnej miłości, by można go było odnaleźć, gdy nadejdzie czas jej śmierci.

Czy można by zatrzymać te anioły, nawet gdy odejdą diabły — choćby teoretycznie? I czy komukolwiek przeszło przez myśl, że z diabłami da się żyć? Że to właśnie dzięki nim życie w ogóle się toczy, rośnie jak w misce drożdżowe ciasto, a ludzie poddają się namiętności, kreują nowe światy, technologie i arcydzieła wszelkiej maści? Robią kokosowe interesy i robią dzieci, by rosły na chwałę i podobieństwo rodziców. Chcą sławy i dla niej wynajdą żarówkę, radio i chlebowy zakwas. Dla pieniędzy napiszą porywającą książkę, a dla dobrego miejsca na dobrym cmentarzu zostaną prezydentem czegokolwiek. Trudno się przyznać do myśli, że ze światem byłoby chyba jednak gorzej, gdyby zostały na nim tylko anioły. W uścisku niemal śmiertelnym trwają te dwie energie i rzeczywiście, gdy jedna uleci, to i zniknie druga. Są jednak momenty, gdy trudno rozstrzygnąć, co wolałabym zatrzymać — święty spokój czy nieokiełznaną (choć czasem destrukcyjną) moc... Czy pan Rilke mógłby rzec: Jeżeli opuszczą mnie moje anioły, obawiam się, że ulecą z nimi moje diabły...?

Ja powiedziałam właśnie. Głośno.


.....................................
* Tabu, reż. Miguel Gomes, 2013