czwartek, 24 lipca 2014

Jedwabniki


Rośnie w ogrodzie drzewo morwowe. Owoce białej odmiany wyglądają jak larwy, z których za moment się coś wykluje, a smakują mdło, choć słodko i nieco agrestowo. Stanęłam dziś pod morwą i przypomniało mi się, że czytałam kiedyś o tym, że jedwabniki to owady, które po tysiącu lat służby u człowieka, nie są w stanie samodzielnie egzystować. Właściwie nie potrafią latać i bronić się przed atakiem, to już tylko tłuste, niezgrabne insekty, które porzuciły możliwość oglądania świata z góry na rzecz brzucha wypełnionego morwowymi liśćmi. Łatwo pożałować jedwabnika, utyskując nad ludzką potrzebą podporządkowania sobie całej przyrody, by pracowała — aż do zatracenia swoich gatunkowych cech — spełniając kaprysy człowieka. Ale gdyby się zastanowić nad czymś innym, na przykład nad tym, co człowiek zatracił ze swoich gatunkowych cech? Czy potrafi samodzielnie egzystować? Zdobywać samodzielnie jedzenie? Niektóre dzieci do nastu lat nie wiedzą, że marchew nie bierze się ze sklepu, tylko z ziemi. Przybierać barwy ochronne? Najlepiej w drogim samochodzie i pod grubym makijażem. Odeprzeć atak? Najlepiej się schować lub patrzeć na innych, co robią. A jednocześnie rozpaczliwa jest potrzeba bycia z kimś. W końcu jak długo cieszyć mogą samotne spacery plażą, ile radości jest z samotnego mieszkania w pięknym apartamencie położonym wyżej niż Pałac Kultury?

Kiedyś żyliśmy w stadzie, wspólnie budując domy i wychowując dzieci. Wspólnie polowaliśmy, dzieląc się łupem (według sztywnej hierarchii, ale jednak) i mieliśmy poczucie, że każdy jest w tym stadnym mechanizmie potrzebny, wręcz niezbędny, by życie toczyło się gładko. Dziś żyjemy w epoce indywidualistów, jednostek bez wspólnej grzybni, a każda z nich ma za zadanie być absolutnie wyjątkowa i zachwycająca. I świat pełen jest pstrokatych motyli, ich barwy powodują oczopląs, a pyłek ze skrzydeł sienny katar. Wzmaga się moja tęsknota za wróblem, szarym piórkiem, domem, w którym zgodnie mieszkają trzy pokolenia i nikt nikogo nie drażni swoją obecnością, a jeśli nawet — jest wola i czas, by to przepracować.

Chińska medycyna jest niezrównana. Na urodę poleca olejek wyciśnięty z owoców morwy i krem z liści tego drzewa. Obłożona morwowymi specyfikami poczekam na stado pliszek, które przypatrują mi się z płotu. Przekrzywiają swoje zgrabne głowy i machają ogonami. Myślę, że dziś powspółpracujemy*, jak przystało na obywateli tej samej planety. Dam im morwowych wytłoczyn, a one mi pośpiewają. Jedwabiu z tego nie będzie, ale ile przyjemności!

.............................
* Choć może nie być tak łatwo — przypomniał się bowiem kawałek wiersza Jana Brzechwy Rozrzutny wróbel:
Poszedł wróbel do pliszki: 
Pożycz mi ze dwie szyszki, 
Ogromnie szyszki lubię, 
Ziarnka sobie wydłubię. 

Odrzekła pliszka w złości: 
To moje oszczędności, 
Zrobiłam sobie zapas, 
Bierz wróblu nogi za pas.

czwartek, 3 lipca 2014

Oj dana, śliwka wykąpana!


Witaj, witaj lube dziecię, głupie w zimie, głupie w lecie!*

Szalony jest ten czas czekania na wakacje, gdy powietrze drży i ugina się pod naporem odliczania nie dni nawet, a godzin, które zostały do odjazdu pociągu. Gdy wszystko szepcze niecierpliwie, łasi się do stóp walizka, wzdycha kąpielowy strój i marudzą wytarte dżinsy. Idźmy, już idźmy. W fale spienione, w różowe morze, gdzie muszli kilogramy, gdzie meduzy nadstawiają ucha, gdzie żółwie wychodzą na spotkanie gościom. Porzućmy za sobą drogowskazy, obowiązki i nieustające tykanie zegarów...

Będziemy dużo jeść grochu, zielonych śliwek po trochu.
Poziomek garnuszki i ziarna czarnuszki.

Wakacje powstrzymują starzenie, wiadomo! Wszystko zastyga na moment, wraca się do dni dzieciństwa, gdzie czasu po prostu nie było, choć wiemy, że pędził jak wariat, za to była beztroska i kompletne szaleństwo zabawy...

Wyjeżdżam z trzema książkami. Z żółtą i czerwoną kredką.
Malowałem ludzi, malowałem brzozy, alem nie malował dotąd takiej kozy, oj dana*.



kadr z filmu Szaleństwa panny Ewy

................ 
* cytaty z książki Kornela Makuszyńskiego, Szaleńswa panny Ewy.
* na dole kadr z filmu Szaleństwa panny Ewy. reż. Kazimierz Tarnas, 1984.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Pyszne lato


To było pytanie z gatunku trudnych, tych, które potrafią zadać tylko dzieci:
Dokąd idą kwiaty po śmierci? 
Można było wzruszyć ramionami i dać brutalną odpowiedź, że idą na śmietnik, jak wszystko, co się zużyje. Można było rzec jak Virginia Woolf, która odpowiadała na podobne pytanie o ptaki, że wracają tam, skąd przyszły. Ale ja nie pamiętam, skąd przyszłam — odpowiedziałoby dziecko. — Ja też — odpowiedziałabym.
Czerwcowe deszcze sprawiają, że pokusa zarysowania jakiegoś kwiatowego raju dla zwiędniętych róż, tulipanów i piwonii nie jest bardzo silna, wydaje się być ckliwa i zbyt płaczliwa. A coś trzeba odpowiedzieć. Istnieje coś takiego, jak kwiatowy recykling. Jak widzisz, nie cały kwiat więdnie jednocześnie, niektóre jego części są wykorzystywane ponownie. Na przykład ten liść, całkiem dobry, prawda? Odczepia się go od łodygi i zanosi kwiatu, którego trochę objadły owady i tam go instaluje. Albo te kolce — przydadzą się róży, która je straciła, gdy się przestraszyła burzy. A te ładne płatki tulipana można oddać tym, które straciły kilka przez wiatr. Oczy dziecka rosną ze zdumienia, niedowierzania i satysfakcji, że świat jest tak rewelacyjnie zorganizowany. Ale kto to robi? — pytają te oczy. Kto mógłby wykonywać tak potrzebą pracę? Pszczoły — odpowiadam naprędce, trochę lekkomyślnie, wszak pszczoły bardzo są zajęte, więc nie wiem, jak miałyby radzić sobie z jeszcze jednym, tak wymagającym, zadaniem. Pszczoły latają od kwiatu do kwiatu, zbierają pyłek i przy okazji pytają, czego komu brak. A potem, z pomocą innych owadów, dostarczają, czego trzeba.
Popołudnie było wolne od dzieci, przyglądających się z uwagą wszystkim kwiatom i wszystkim owadom w ogrodzie...

Pyszne lato, paw olbrzymi, 
stojący za parku kratą, 
roztoczywszy wachlarz ogona, 
który się czernią i fioletem dymi, 
spogląda wkoło oczyma płowymi, 
wzruszając złotą i błękitną rzęsą. 
I z błyszczącego łona wydaje krzepkie krzyki, 
aż drży łopuchów zieleniste mięso, 
trzęsą się wielkie serca rumbarbaru i jaskry, 
które wywracają płatki z miłości skwaru, 
i rozśpiewane, więdnące storczyki*.

Noce są jasne. Krótkie jak błysk księżyca. Słychać jak rosną grzyby, jak przeciskają się przez mokrą ziemię i czubkami kapeluszy dotykają najniższych gałęzi drzew. Srebrzy się mgła nad polami, jest rześko, trochę może zbyt deszczowo, ale powietrze jest najczystsze w całym roku — do tego naelektryzowane, roziskrzone. Dobrze się w nim biega na bosaka, wypadając prosto z łąki na zagon truskawkowy, czerwony, pachnący do bólu nozdrzy.
A gdzie truskawki idą po śmierci? Mają najpiękniejszą śmierć, w ustach moich, twoich, naszych...

A pod daszkiem drewutni kot siedzi i liże łapy. Rano złapał mysz i przytargał do do domu, złożył na dywanie i czekał na pochwały. Nie wiem, dokąd chadzają myszy po śmierci. Pewnie donikąd, pewnie miotają się między wiecznym letnim polem a nieustająco pachnącą stodołą.
Na progu kilka zeschniętych lipowych kwiatów, a w kuchni na stole list, krótki jak krzyk żurawia:
Nie ma mnie. 

...........................
* fragment wiersza Pyszne lato, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.
* List do tatusia z książki Joanny Papuzińskiej, Umiemy czytać, szkolnej czytanki, którą zilustrował Janusz Stanny.

środa, 25 czerwca 2014

Dzień w drodze


Wczoraj było podróżą.
Śniadanie jadłam w Ameryce, lunch w Anglii, a kolację zjadłam w Rumunii.
Nie sama...

Śniadanie po amerykańsku
Gus i Mickey* jedzą śniadanie w przydrożnym barze. Jajka, pomidory, kawa i tost. Ona grzebie w talerzu, niczego nie może przełknąć. Jej ojciec za to zmiata wszystko i z odrazą patrzy, jak tuż obok się marnuje śniadanie za kilka dolarów. Ona chce poznać prawdę, a on nie chce jej powiedzieć. Jest szorstki, nieprzyjemny, jakby nie było w nim czułości nawet za centa, jakby i na tym oszczędzał. A on jest po prostu jednym z tych amerykańskich twardzieli, co to nie dają się łzom, a emocje zamykają w sejfie i żadna, nawet kobieca energia nie jest w stanie ich otworzyć. Nie miękkością i nie perswazją dociera się do takiego człowieka, dociera się do nich, równając do niego w jego profesji, pokazując, że się jest tak samo dobrym, a może nawet lepszym.
Gus to łowca telentów bejsbolowych, który powoli traci wzrok i zarazem stracić może robotę. Mickey to jego córka, zręczna pani prawnik, wychowana na bejsbolu, bo po śmierci matki, spędzała z ojcem całe dnie na boiskach i w trasie od jednej drużyny do drugiej. Pewnego dnia ojciec wysyła ją do rodziny, a potem do szkoły z internatem, a ona nie może od niego wydobyć odpowiedzi, dlaczego. A on przy śniadaniu jej nie chce powiedzieć. Myślę, że do kolacji zdąży jej wszystko wytłumaczyć, a ona zrozumie (jak to w amerykańskich filmach i dlatego je tak lubię), że jej ojciec ma wielkie serce, jest tylko przestraszony tym, że posiada trochę kobiecych cech, i tym, że będzie musiał je z siebie wydobyć, jeśli nie chce stracić jedynego dziecka.


Włoski lunch w centrum Londynu
Alan Rickman nie ma za wiele seksapilu. Ma za to przeszywające spojrzenie intetektualisty-cynika i potrafi sformułować rozkosznie kąśliwą uwagę i cieszyć się, jakie wywołuje spustoszenie u rozmówcy. Czasem to więcej warte niż seksapil. Tego dnia idzie na lunch z dawną kochanką*, o figurze i uśmiechu Emmy Thompson. Idzie do małej, włoskiej kajpki, która kiedyś była przytulna i nieco zapuszczona, a dziś jest elegancką restauracją z nieobecnymi kelnerami.
Jak się przygotować na spotkanie z żywiołem, w którego centrum było się ileś lat temu? Czy czuć będzie dawną moc? Czy poczujemy ukłucie żądzy, chęć przypomnienia sobie tamtych emocji? Jaka ona będzie? Czy się zmieniła, postarzała, zbrzydła? Tak by było łatwiej, ale nie wtedy, gdy kobieta wygląda jak starsza siostra Beatrice z Wiele hałasu o nic!
Jedzą. Pierwsze kęsy są przedyskutowane i ogłoszone przepysznymi. Następnie, jak dawniej, widelce wędrują pomiędzy daniami, a wymiany są analizowane. Mmm. Dobry wybór. Słodka zgoda, porównanie i komplement przywołują czasy przed zgorzknieniem. Doskonale chuda wołowina i do tego kapary nie przezwyciężają jej smaku*.
Są jednak za daleko od siebie. Poniosły ich dwa różne prądy — Ona oddała się życiu, rodzinie, Jego los zawrócił i zostawił tam, gdzie był, niby odartego ze złudzeń, ale wciąż wierzącego w przyszłą wielkość i sławę, samotnego.
Coż mu zostało? Chyba upić się mu zostało, ale ja już tego nie zobaczę, muszę dalej na południe, do Bukaresztu...

Rumuńskie menu weselne
W Rumunii w latach 80. na weselach podaje się móżdżek, nerki, wątrobę i inne podroby. Otilia i Gabita* załapały się przypadkiem na taką kolację w hotelu, w którym mieszkają. Nie może to być kojący posiłek dla dziewcząt, które właśnie wykonały karkołomną logistycznie operację aborcji. Siedzę sobie tam między nimi i zastanawiam się, do kogo właściwie należy ciało kobiety? Do niej samej, do męża, może do ojca, może do faceta, z którym idzie do łóżka dla zabawy? Kto może zdecydować, co zrobi ze sobą i z dzieckiem, którego nikt nie chce? Nawet państwo, które nawołuje do prokreacji, a nie daje prezerwatyw, perspektyw i ma rozwiniętą siatkę donosicieli, pozwalającą mu kontrolować dosłownie wszystko i wszystkich (kto nie wierzy, niech poczyta książki Herty Müller). A może ciało kobiety należy do tego faceta, który przeprowadza zabieg, a który do równego rachunku życzy sobie szybkiego seksu z jedną z dziewczyn? Przeczytałam gdzieś, że w czasach dyktatury w Rumunii zmarło pół miliona kobiet po źle przeprowadzonych zabiegach usuwania ciąży, bo istniał przepis, że krwawiącej i cierpiącej można było udzielić pomocy tylko wtedy, gdy wydała tego, kto wykonał aborcję. Ciemne to były czasy, ale jak tak siedzę między Otilią a Gabitą, to sobie myślę, że dziś bywają nawet ciemniejsze. Dziś donosiciele nie są nawet potrzebni, bo jest internet i kamery w telefonach, a na kobietę spadły jeszcze inne obowiązki. Oprócz oczywistego szczęścia i wielkiej kariery ma jeszcze nieustająco i od rana być piękna i młoda.

Wieczór zastał mnie pod rumuńskim niebiem.
Bardzo tu cicho i ciemno. Ale niezwykle spokojnie.
Czas wracać do siebie...

.....................................
* bohaterowie filmu Dopóki piłka w grze, reż. Randy Brown, 2012. Grają Amy Adams i Clint Eastwood.
* The Song of Lunch, ekranizacja poematu Chistophera Reida (świetny kawałek literatury, u nas chyba niewydany), 
reż. Niall MacCormick, 2002.
* cytat z filmu The Song of Lunch.
* bohaterki filmu 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni, reż. Cristian Mungiu, 2007.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Czereśniowy wdech


Chorowanie w czerwcu powinno być zabronione na mocy ustawy zasadniczej.
Torturą jest lato obserwowane spod kołdry, a zakatarzony nos nie czuje nic z oszałamiających zapachów sadu i łąki. Myśli żadne, a jak już to ułomne, zasmarkane i trudno je z czymś powiązać. Sen nie przychodzi, noc, choć jasna i krótka, przeraża głębią granatu i pustką nieba.

Gdy ustanie wiatr, zmiecie z podłogi zużyte chusteczki, a z czoła spadnie żar i wyschnie poduszka, pójdziemy na czereśnie, bo tylko rytuały mogą mnie uratować od szaleństwa.