środa, 20 sierpnia 2014

Drylowanie

Drylowałyśmy.
Czternasty raz w tamtym roku, bo obrodziło wszystko, nawet ogórki miały pestki wielkości grochu.
Stoły w ogrodzie spływały krwią wiśni i śliwkową posoką. Dookoła brzęczały roje insektów, pijanych cydrem i agrestowym winem, a koty, zazwyczaj śpiące i niemrawe, z pasją oblizywały stosy pestek.
Między nami siedziała prababka Wieśki. Chuda, zasuszona, papierowa. Ręce przezroczyste, ścięgna niemal wystające spod skóry. Była już wtedy kompletnie oddana przeszłości, temu, co było przed wielu laty, w zupełnej pogardzie mając to, co jest dziś, co było wczoraj. Nie pamiętała imion swoich dzieci, wnuków, nie wiedziała, jaki jest dzień i rok, pamiętała za to sukienusię i kapelusik w kwiatki, w których pomykała do kościoła, słodkie placki z lukrem, wykradane z kuchni. Co rano kazała się Wieśce czesać w dwa chudzine, siwe warkoczyki i przewiązywać niebieskimi wstążeczkami. Wychodziła potem na spacer ze stadem psów, które przygarniała i nie pozwalała nikomu dotknąć, sama je karmiła i spała z nimi w swoim pokoju. Z praprawnukami bawiła się w chowanego, wyskakując zza zasłony i strasząc je bezzębnymi dziąsłami. Babka już kompletnie odleciała — komentował z lekkim wstydem ojciec Wieśki.
Drylowanie było jedynym zajęciem, przy którym prababcia zupełnie się uspokajała. Uzbrojona w ulubione szydełko, z każdą pestką wydłubywała z siebie opowieść.



Całe ustępy były o bieliźnie, jaką panienka musiała mieć, by się uważać za pannę na wydaniu. O koronkach nicianych, jedwabiach i koszulach nocnych. O dziurkowaniu bawełny, obszywaniu lamówką w jesienne wieczory przy świeczce lub naftowej lampie. O marzeniach o mężu, który będzie łagodny w obejściu i nie będzie śmierdział za bardzo papierosami. Miska z wypestkowanymi śliwkami wypełniała się pomału, a prababcia gnała po sadach z zalotnikami, z dziewczętami w muślinowych sukniach albo z wypiekami na policzkach czytała list od panicza, który zawiadamiał, że się będzie strzelał z konkurentem do ręki. Prababka podnosiła wtedy głowę i zaznaczała tak trzeźwo, jak to możliwe: Ja tu wam, dziewczęta nie opowiadam bajek, tak było, wszystko prawda. Kiedyś ludzie mieli gorętsze serca, do miłości się rwące, dziś świat zimny, a ludzie jak z lodu nieczuli. I śpiewała jakąś niezrozumiałą piosenkę, a od jej skrzekliwego głosu chmary wróbli i pliszek z dzikim świergotem wzbijały się w powietrze.

Zanim umarła, zdziczała bez reszty — pisała do mnie Wieśka w liście. Babcia biegała z psami po obejściu, przez łopiany i dzikie wysypiska śmieci. Daję słowo, słyszałam chyba jak szczeka. Chuda i szybka, trudno ją było znaleźć w gęstwinie liści i doprowadzić do domu na jedzenie. A potem przyszedł dzień, gdy wszystkie psy zaczęły przeraźliwie szczekać i piszczeć, bo dusza prababci, wtulona w stygnące ciało, próbowała dostać się do nieba. Próbowała, bo jakby jej to nie szło. Jakby babka miała zwierzęcą duszę, która nie jest nieśmiertelna i nie może być zbawiona.

Czasem z zazdrością patrzę na psa, który ma w nosie zbawienie, ale i doczesność.
A który ma w uszach wiatr, na łapach piach i kwiaty łopianu w sierści.
I zlizuje sok ze śliwek, spływający po ceracie z ogrodowego stołu.
Czyli właściwie ma wszystko.

piątek, 8 sierpnia 2014

Owies, gryka i zen

Babunia mówi, że jestem taki mały, bo nie jem dosyć owsianki. Staram się jeść dużo, ale babunia daje takie wielkie porcje! [...] myślę, że od tej owsianki rozchoruję się kiedyś i umrę*. Tak dyrdymalił Jaś Irving w Ani z Avonlea. A mi nic tak latem nie smakuje jak micha owsianki ze śliwką albo wiśnią. Albo ze wszystkim, co się da. Najlepiej dużo i ciepło. Wszystko potem mam z głowy, obiad i podwieczorek, dopiero przy kolacji pojawia się głód, ale głód wymizerowany, który podnosi się jak mgła w górach, delikatnie, elegancko, w sam raz na zdanie: Coś bym przekąsiła....

Gotujemy zatem kaszę gryczaną, niepaloną, białą i słodką, mieszamy z grzybami i śmietaną. Wsadzamy ją do cukinii, która prawie zrobiła podkop pod płotem, by zażyć wolności. Nic z tego, poświęcimy ją na ołtarzu smaku, ustroimy ją miętą i szałwią, by wyglądała jak z obrazka, jak ze stołu Hannibala Lectera z nowego serialu, w którym estetyka gra pierwsze skrzypce, a goście na biesiadach czują wstyd przed wysmakowanymi daniami. Zjemy pod ciemniejącym niebiem, pod gwiazdą, która — okropnie spóźniona — mrugnie do nas złotym okiem.

Ale na razie jest rano. Po bliskim spotkaniu z kuprem szerszenia, wydzieraniem ziemi korzeni chrzanu i liczeniem kur, co się rozbiegły w panice przed lisem, właściwie nie dzieje się nic. Kilkaset podrosłych szpaków formuje na niebie mandale i obrazy jak z piasku. Migocą ich białawe podbrzusza, a już ułamek skundy później furkoczą szare skrzydła. A gdy obsiądą najbliższą brzozę, nie można usłyszeć własnych myśli, taki gwar, świergoty i ptasie ploty.

Nawet dobrze jest przeczytać już wszystkie książki na lato. Historie dojrzewają, rozsiadają się we mnie, analizuję je sobie pomału, delektując się nimi jak lokalnym piwem. Tysiące mgnień świata, który wokół nas, a którym wiemy tak mało. Matadźi*, spowita w sari, która zastanawia się nad sallekhaną, która pozwoli jej spokojnie i z godnością pożegnać się z życiem. Koleś*, amerykański genialny aktor i pieśniarz, który żyje wg pięciu buddyjskich przypomnień (Moją naturą jest się starzeć, nie sposób uniknąć starości, brzmi to prawie jak bluźnierstwo w ustach kogoś, kto życie spędził w Hollywood).
Przemyśliwam je sobie, wysączam z nich energię na jesień.

I jem jabłka.


.......................... 
* Ania z Avonlea, Tłum. Rozalia Bernsteinowa.
* Matadźi, mniszka, jedna z bohaterek fantastycznej reporterskiej książki Williama Dalrymple'a Dziewięć żywiołów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach. Tłum. Saba Litwińska. Sallekhana to cel niektórych mnichów, ostatnie wyrzeczenie, długi proces rezygnacji ze wszystkiego, także z ciała, powolna i świadoma śmierć.
* Koleś, czyli filmowy Lebowski z filmu braci Cohen. Gra go Jeff Bridges, w życiu pozaekranowym pieśniarz, buddysta, oddany walce z głodem na świecie oraz szczęśliwy w małżeństwie od blisko 40 lat. Razem ze swoim przyjacielem, mistrzem zen Bernie Glassmanem, napisali książkę Koleś i mistrz zen. Tłum. Robert Sudół.  

środa, 30 lipca 2014

Wielkie piękno odgrzewanego ryżu



Jep Garbardella lubi odgrzewany ryż. Jest lepszy niż świeżo ugotowany.
Wszystko jest odgrzewane w dzisiejszym świecie. Wszystko już było. Rzymianin, (Rzym! Przecież to tam się zaczęło niemal wszystko!) wykształcony jak Jep, dobrze o tym wie, odnajduje echa dzisiejszej "sztuki" w tym, co już było, w obrazach, rzeźbach, budowlach — przetrawione, przemielone, zwrócone z żołądka popkultury. Jednocześnie sam jest — może nawet wbrew sobie — takim tworem współczesności. Jep to symbol tego, czym stała się cała Europa, ze swoją kulturą, stylem bycia i pociągiem do bycia autorytetem we wszystkim. 
Muzyka gra w tle nieustannie, nie ma ciszy.

Bóg ostatecznie umarł, a wiara to cukierek dla osieroconych.
Dzieci nie dorastają, zakleszczone w nadopiekuńczości rodziców.
Rodzice nie dorośleją, w cekinowych kreacjach, z drinkiem w pomarszczonych rękach, podrygują w rytm przebojów, a dla swoich dzieci nie mają dobrej rady, tylko spazmatyczny płacz.
Indywidualizm w krzywym zwierciadle — człowiek jest najważniejszy, nieprzemijająco piękny, zdrowy i młody.
Świat traktuje się jak zbiór obrazów, które trzeba utrwalić i się nimi pochwalić. A jak nie światem, to choćby swoim nagim ciałem.
Z wartości została jedynie wartość pieniądza, ale i on jest wart jedynie na tyle, na ile dzięki niemu można komuś zaimponować, na ile można się wykreować. Hipokryzja posunięta do granicy — najpierw wyśmiać jakieś zachowanie, a potem je zrealizować (jak Jep na pogrzebie), by innych zaszokować i się wyróżnić.
Ludzie się o siebie obijają jak atomy w próżni, nikt poza podziwem już niczego od nikogo nie chce. 





A jednocześnie świat nadal jest zachwycająco piękny.
Te zachody i wschody. Te spokojne lub rozedrgane tafle jezior i oceanów. Potęga. Światło, którego nic nie jest w stanie podrobić. Śpiew. Cień nocy. Wspomnienie młodości, kobiety. Pocałunek, ale tylko ten pierwszy. No może literatura, ale coraz rzadziej. Jep napisał jedną książkę i na tym zakończył się jego talent. Czyli właściwie znów jesteśmy w sytuacji jak po wielkim wybuchu, gdy nie ma już żadnych trwałych wartości, gdy więzi międzyludzkie się pozrywały, gdy można wszystko zacząć od początku. Problem w tym, że się nikomu nie chce, bo z lekcji historii zapamiętaliśmy przynajmniej tyle, że lubi się ona powtarzać — więc żaden wysiłek nie ma sensu, zostanie bowiem unicestwiony przez tryby czasu. Lepiej dla nas wszystkich pobujać się w hamaku ze szklaneczką czegoś mocniejszego w ręce. 

Wielkie piękno.
Piękna katastrofa.

.............................
kadry z filmu Wielkie piękno, reż. Paolo Sorrentino, 2013.

czwartek, 24 lipca 2014

Jedwabniki


Rośnie w ogrodzie drzewo morwowe. Owoce białej odmiany wyglądają jak larwy, z których za moment się coś wykluje, a smakują mdło, choć słodko i nieco agrestowo. Stanęłam dziś pod morwą i przypomniało mi się, że czytałam kiedyś o tym, że jedwabniki to owady, które po tysiącu lat służby u człowieka, nie są w stanie samodzielnie egzystować. Właściwie nie potrafią latać i bronić się przed atakiem, to już tylko tłuste, niezgrabne insekty, które porzuciły możliwość oglądania świata z góry na rzecz brzucha wypełnionego morwowymi liśćmi. Łatwo pożałować jedwabnika, utyskując nad ludzką potrzebą podporządkowania sobie całej przyrody, by pracowała — aż do zatracenia swoich gatunkowych cech — spełniając kaprysy człowieka. Ale gdyby się zastanowić nad czymś innym, na przykład nad tym, co człowiek zatracił ze swoich gatunkowych cech? Czy potrafi samodzielnie egzystować? Zdobywać samodzielnie jedzenie? Niektóre dzieci do nastu lat nie wiedzą, że marchew nie bierze się ze sklepu, tylko z ziemi. Przybierać barwy ochronne? Najlepiej w drogim samochodzie i pod grubym makijażem. Odeprzeć atak? Najlepiej się schować lub patrzeć na innych, co robią. A jednocześnie rozpaczliwa jest potrzeba bycia z kimś. W końcu jak długo cieszyć mogą samotne spacery plażą, ile radości jest z samotnego mieszkania w pięknym apartamencie położonym wyżej niż Pałac Kultury?

Kiedyś żyliśmy w stadzie, wspólnie budując domy i wychowując dzieci. Wspólnie polowaliśmy, dzieląc się łupem (według sztywnej hierarchii, ale jednak) i mieliśmy poczucie, że każdy jest w tym stadnym mechanizmie potrzebny, wręcz niezbędny, by życie toczyło się gładko. Dziś żyjemy w epoce indywidualistów, jednostek bez wspólnej grzybni, a każda z nich ma za zadanie być absolutnie wyjątkowa i zachwycająca. I świat pełen jest pstrokatych motyli, ich barwy powodują oczopląs, a pyłek ze skrzydeł sienny katar. Wzmaga się moja tęsknota za wróblem, szarym piórkiem, domem, w którym zgodnie mieszkają trzy pokolenia i nikt nikogo nie drażni swoją obecnością, a jeśli nawet — jest wola i czas, by to przepracować.

Chińska medycyna jest niezrównana. Na urodę poleca olejek wyciśnięty z owoców morwy i krem z liści tego drzewa. Obłożona morwowymi specyfikami poczekam na stado pliszek, które przypatrują mi się z płotu. Przekrzywiają swoje zgrabne głowy i machają ogonami. Myślę, że dziś powspółpracujemy*, jak przystało na obywateli tej samej planety. Dam im morwowych wytłoczyn, a one mi pośpiewają. Jedwabiu z tego nie będzie, ale ile przyjemności!

.............................
* Choć może nie być tak łatwo — przypomniał się bowiem kawałek wiersza Jana Brzechwy Rozrzutny wróbel:
Poszedł wróbel do pliszki: 
Pożycz mi ze dwie szyszki, 
Ogromnie szyszki lubię, 
Ziarnka sobie wydłubię. 

Odrzekła pliszka w złości: 
To moje oszczędności, 
Zrobiłam sobie zapas, 
Bierz wróblu nogi za pas.

czwartek, 3 lipca 2014

Oj dana, śliwka wykąpana!


Witaj, witaj lube dziecię, głupie w zimie, głupie w lecie!*

Szalony jest ten czas czekania na wakacje, gdy powietrze drży i ugina się pod naporem odliczania nie dni nawet, a godzin, które zostały do odjazdu pociągu. Gdy wszystko szepcze niecierpliwie, łasi się do stóp walizka, wzdycha kąpielowy strój i marudzą wytarte dżinsy. Idźmy, już idźmy. W fale spienione, w różowe morze, gdzie muszli kilogramy, gdzie meduzy nadstawiają ucha, gdzie żółwie wychodzą na spotkanie gościom. Porzućmy za sobą drogowskazy, obowiązki i nieustające tykanie zegarów...

Będziemy dużo jeść grochu, zielonych śliwek po trochu.
Poziomek garnuszki i ziarna czarnuszki.

Wakacje powstrzymują starzenie, wiadomo! Wszystko zastyga na moment, wraca się do dni dzieciństwa, gdzie czasu po prostu nie było, choć wiemy, że pędził jak wariat, za to była beztroska i kompletne szaleństwo zabawy...

Wyjeżdżam z trzema książkami. Z żółtą i czerwoną kredką.
Malowałem ludzi, malowałem brzozy, alem nie malował dotąd takiej kozy, oj dana*.



kadr z filmu Szaleństwa panny Ewy

................ 
* cytaty z książki Kornela Makuszyńskiego, Szaleńswa panny Ewy.
* na dole kadr z filmu Szaleństwa panny Ewy. reż. Kazimierz Tarnas, 1984.