środa, 25 marca 2015

Szkoła

W dzieciństwie szkoła wisiała nade mną jak widmo, czarna otchłań. 
Czułam na swoich plecach jej oddech, na samą myśl elektryzowały mi się włosy, nie wierzyłam wtedy, że to od białego swetra w granatowe bałwanki, który co rano wciągałam przez głowę, a raczej od wizji srogiej nauczycielki, która całą lekcję potrafiła pieścić w dłoniach drewnianą linijkę.



Śniadanie to gorące mleko, przed którym, chowając się za zębami, uciekały moje wargi. Chleb lub wyjątkowo bułka — grubo posmarowane masłem, obłożone twarogiem posiekanym z cebulką i szczypiorkiem. Lubiłam kakao, ale nigdy nie wystarczało czasu, aby je przygotować. 
Albo żółty ser, twardy, gorzki, sklejający usta, wysuszający gardło. 
i co rano — senne przeżuwanie bladożółtej masy, tępe wpatrywanie się w pustą czarność za oknem i mozolne rozpoznawanie dźwięków: koń, kogut, gęsi, krowa, korba od podwórkowej studni. 
I wesołe zanurzanie się w zimową iskrzącą przestrzeń, dawno i nie przeze mnie wydeptaną ścieżką.

Wiosny bywały trudne, pusta spiżarnia, mąki zaledwie na jeden naleśnik. Kanapki były z resztką pasztetu i cienkim jak papier kiszonym ogórkiem. Za to masła z mleka od własnych krów było zawsze pod dostatkiem i to ono sprawiało, że nawet w najgorsze lata miałam pucołowate i lśniące policzki.

Latem jedliśmy pomidory z małej szklarni przy domu. Piliśmy cienką herbatę, wrzucaliśmy do tornistrów kilogramy jabłek, gruszek, kopce wiśni i czereśni, morze poziomek, schowanych na dużą przerwę w małym słoiku. I radośniejsze myśli towarzyszyły nam w szkolnej drodze, którą pokonywaliśmy na skróty, przez płoty i mokre łąki, z duszą na ramieniu, że mama lub babcia zauważą brudne od trawy nogawki spodni i zaschnięte błoto na końcówkach sznurówek.

Dziś, gdy wchodzę do szkoły, czuję ten znajomy zapach dzieci. I ich tornistrów. Ołówków i kredek.
Kanapek, z których wycieka masło i dżem. Od których podręcznik do matmy pachnie kiełbasą.
I jakoś nie chcę wracać do klasy, chociaż któraś z nauczycielek zaprasza szerokim gestem, ale zrobię sobie dziś kanapkę szkolną. Czyli taką, która musi przeleżeć kilka godzin pod książkami, by odpowiednio smakować i nabrać mądrości.
Wyjmę ją jutro z wytłuszczonego papieru i zjem na długiej przerwie.
Może się z kimś podzielę.
Albo nie.




.......................................
* ilustracja z książki Ewy Puchalskiej Mam 6 lat. Autorem ilustracji jest Stefan Małecki.

środa, 18 marca 2015

Ostatki

Co zostało jeszcze do zjedzenia po zimie?
Mały kopiec kartofli, kilogram marchwi, dwa słoiki ogórków, cztery kompoty śliwkowe, kilka dżemów z agrestu, mrożona dynia. Tyle, by dotrwać do dnia, w którym wszystko wyskoczy z ziemi i zacznie się wreszcie festiwal koloru, smaku i zapachu.
Ale pole jeszcze lodowate, ciągnie od niego chłodem, które przenika przez gumowce i skarpety. To jest ten moment, gdy czekam na przesilenie, na dzień przełamania się pogody, gdy więcej w nim będzie słońca i ciepła niż szronu o poranku.

Puste karmniki mijam po drodze, śnieg zszedł i ptaki świetnie sobie radzą z wyciąganiem z piachu zaspanych kęsów i zapomnianych ziaren. Gdy stanę pod drzewem, słyszę ciche pękanie świeżych pąków. Pień trzeszczy, jakby chciał zrzucić starą korę i przymierzyć coś nowego i ładnego.
To nie święto, to sabat wiosenny. W kraterach 
Sasanki, kwietne gruzły, jak orzech spowite 
W liść pierzasty, wykwitły. Barwy są szczególnej, 
Sinoczerwiennej, jakby tętniczej i żylnej; 
Łodygi ich jak wiły ziemistoróżowe 
Splątane, w chorej glebie zdają się pierścienić 
I krew z niej ssać wojenną*.

Bo toczy się wojna, teraz właśnie, wojna postu z karnawałem, jasności z ciemnością, pustego brzucha z pełną spiżarnią. Pomiędzy nieśmiałą wiosną a zmęczoną, ale wciąż groźną zimą, która co parę dni zsyła na nas gradowy deszcz niezadowolenia. Tyle, że w tych małych, twardych, lodowych kulkach odbija się już coraz błękitniejsze niebo...


........................... 
* fragment wiersza Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Wiosna z marsem na czole.

niedziela, 8 marca 2015

Pięć goździków

Goździki są znowu w modzie. To dobra wiadomość dla mnie i dla tych kwiatów, które pięknie pachną i są tak naturalne jak wiosna, która przecież co roku nadchodzi mniej więcej w tym samym czasie, a jednak zawsze mnie zaskakuje...

Co roku daję kwiaty paniom.
I tym, które tu zachodzą i tym, które mnie czymś olśniły w minionym roku. Które wciąż czegoś szukają, choć wydaje się, że już dawno znalazły. Które mają w sobie śmiech, namiętność i wyrozumiałość dla ludzi i świata.

Goździk dla Maggie Taylor.
Znam ją już długo. To zbieraczka rzeczy i kreatorka rzeczywistości. Siwa już pani w okularach, której prace to steampunkowe historie, wycięte z cyrkowych afiszy, z broszur sanatoryjnych zachwalających kąpiele w błocie, ze starych widokówek, gazet, katalogów i zdjęć, które można kupić od ulicznych sprzedawców na pęczki spięte recepturką. W tych kolażach, które Maggie Taylor tworzy skanując, zszywając w graficznym programie, łącząc tła i mieszając kolory, jest sporo o kobiecie. Wyłania się z nich portret panny figlarnej, z głową kipiącą od pomysłów, wrażeń. O kobiecie, która urywa sobie głowę, rozdziera twarz, próbuje uspokoić kipiący umysł, otwierając sobie czaszkę. To my wszystkie na tych wibrująco kolorowych obrazach, to my ciągniemy na sznurku łabędzia i stawiamy domki z kart. To my, tak doskonale roztrojone, rozdwojone, przepoczwarzone i wyobraźnia nie ma dla nas kompletnie żadnych granic.

Goździk dla Marii Peszek.
Kobieta, która znalazła. I po paru latach widzę, że nie zgubiła. Znalazła swoją drogę przez las, oczyściła rzekę, pobiegła z rozwianym włosem przez życie. Bez oglądania się na tych, co zazdroszczą, a twierdzą, że jej wybór nic nie wart. Bez słuchania tych, co wiedzą lepiej, a sami tkwią w ziemiance oczekiwań, że świat ich znajdzie. Przeskakując wdzięcznie przez kłody, co jej rzucają pod nogi różnej maści moralizatorzy i obrońcy jedynie słusznych życiowych ścieżek. A ona dla własnej wygody zapuszcza przepiękne ogrody. Doświadcza wszystkiego na własnym ciele i umyśle. Praktycznie, nie teoretycznie. Nie w przyszłości, a tu i teraz. Czysta energia, która mnie niesie od lat. I czasem zdarza się, że gdy stoję pod ścianą, odzywa się we mnie zdanie napisane przez Marię i już wiem, że będzie po mojemu...

Goździk dla Vivian Maier.
Niania z tajemnicą. Opiekunka z pasją, która nią owładnęła do kości. Urodzona w Nowym Jorku, z korzeniami francuskimi, kilkadziesiąt lat spędziła w Chicago z aparatem na szyi. Opiekując się dziećmi ludzi, którzy kompletnie nie wiedzieli o jej hobby, wędrowała po ulicach miasta, zapędzając się do podłych dzielnic i fotografując wszystko, co pojawiło się w zasięgu jej obiektywu. Piękne kadry, czasem porażające pustką, czasem tłoczne, niektóre z ukrycia, inne pozowane, ale zawsze z jakąś historią w zanadrzu. Eleganckie panie i brudni robotnicy, rozmontowane sklepowe manekiny i uszminkowani cyrkowcy. Dzieci bez butów i psy o skołtunionej sierści. Kilkaset tysięcy zdjęć, w tym setki niewywołanych filmów, znalazł hobbysta fotografii i zareklamował światu. Ona sama nie miała ochoty ich pokazywać i publikować, prawdopodobnie dlatego, by nie zostać sławną. To imponuje dziś, gdy większość robi coś w ogóle tylko po to, by ktoś zauważył ich życie i starania — by nie zniknąć w cieniu.

Goździk dla Mari Boine Persen.
Jeśli ktokolwiek chciałby wiedzieć, co gra w drugim człowieku — gra dosłownie, jak w radiu — co gra we mnie, to może włączyć sobie pieśni, które śpiewa Mari Boine Persen. Usłyszany raz jej głos, wplótł się we mnie jak pajęczyna we włosy i wibruje we mnie niczym szklanki w kredensie, gdy ktoś mocniejszym krokiem przejdzie przez pokój. Mari to norwesko-lapońska pieśniarka o głosie czystym jak szkło i zimnym jak lód. Głos stary, płynący nie zza gór i rzek, a zza wieków i grają w nim historie tych, co już odeszli, a co widzieli świat, który nigdy nie wróci.
Mari to także nauczycielka muzyki i obrończyni praw Lapończyków, traktowanych we współczesnej Norwegii na zasadzie ozdoby i kulturowej ciekawostki. Ludzi spychanych na margines kulturalnego życia, a przecież to oni są tymi, od których ten kraj się zaczął, to oni mają w swojej krwi mądrość przodków — tyle, że we współczesnym świecie nie bardzo chce się słuchać głosów przeszłości. Mari śpiewa, a ja rozumiem więcej niż mi się wydaje...
Vuoi mu gollelottas 
Vuoi mu beaiveidjalottas 
giehka ja goaskin 
Vuoi mu spalfu 
Vuoi mu spalfu 
miellevuol besiinis


Goździk dla nas wszystkich, którzy...
noszą w sobie choć krztynę kobiecej energii i nią podrywają świat do życia, dając mu kolor, pełnię, sprawczą moc i wielką kreatywność. Tę siłę, co sprawia, że miejsce, w którym żyjemy, przestaje być kropką na mapie, a staje się pulsującym źródłem. Mam na myśli tę chęć, by drążyć skałę intensywnymi momentami w rozmowie, tańcu, pracy w ogrodzie. Nad kieliszkiem wina na mieście i herbatą w termosie w czasie podróży. Tę chęć, by pomalować oko co rano i uperfumować ciepłe miejsce za uchem. By zabrać dziecko po raz tysięczny do muzeum na ulubioną wystawę i dać się mu namówić na lody w środku grudnia. Tę moc, by tłumaczyć świat tym, co go nie rozumieją i przyjmować wyjaśnienia od tych, co mądrzejsi, choćby i żyli krócej od nas. Tę potrzebę pogłaskania psa i szukania czułych miejsc na ukochanym ciele. By przyjąć łzę i śmiech od tych, co obok, i by oddać lęk i wyrzut sumienia komuś, kto go nie rozmieni na drobne. Goździk dla wszystkich dziewcząt i chłopców, którzy mają w sobie źdźbło nieposkromionej i odważnej kobiety!



piątek, 27 lutego 2015

Chmurka, pianka



Takie chmury jak wyżej, skoncentrowane, podarte — choć, nie — raczej misternie postrzępione jak na obrazie Największego Światłomistrza*... O przedwiośniu, kiedy brak koloru, nie ma lepszego spektaklu. Skondensowana biel, ubita jak najlepsza śmietana, pulchna, trochę gazowana, musująca — zdaje się pełznąć powoli, ale odcinki, które przemierza, pokonuje w mgnieniu migawki:) Na brzegach niby się złoci ta plama biała, a niby niebieścieje. Ale oko mówi: nie, raczej czerwieni się karminowym obrębem, ściska się jak czerwonym lakierowanym paskiem z plastikową klamerką... Ale co z tego, skoro pełzną dalej spienione góry, ośnieżone zbocza, zlodowaciałe, potłuczone porcelanowe filiżanki. Momentami się zdaje, że niebo to za mała scena, że chcą się wydostać z ram, wylać się jak przegotowane mleko, rozrastają się do niewyobrażalnych parametrów, kipią, wręcz trącają obserwatorów w nos. I te kształty — palce wskazujące i wytykające, nadęte, obrażone policzki, wydęte zazdrosne usta, pękate brzuchy i kolosalne nogi. Żaden z mimów nie wytrzymałby takiej konkurencji. Takiej migotliwości i częstotliwości zmian, takiej wirtuozerii ruchów. Takiej odporności na publiczne zachcianki i preferencje. Takiego spektakularnego show...

Nabieraj na palec trochę tego niebiańskiego mleka! Czyść sobie nim uszy! Szczęśliwcy lub nieszczęśliwcy słyszą czasem, jak rusza się ziemia, a ty — jeśli chcesz słyszeć, jak pomykają chmury — czyść sobie uszy chmurzastym wacikiem... 

Dziecko — postawione na ziemi po szaleńczym huśtaniu — dyszy: Chmura spadła mi na głowę
Nie ostatni raz, nie ostatni, mam nadzieję...

......................
* Chmury z obrazu Jana Vermeera Widok Delft.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Za trzecią córkę

Zenek szedł rano wypasać świnie. Pędził je pod las, aż za pole kukurydzy. Już dawno świtało. Puste łodygi lebiody głucho trzeszczały pod butami. Na horyzoncie pojawiło się światło, bladożółte, na brzegach zupełnie szare. Ziemia przy samej granicy z niebem powoli się rozgrzewała, parując dojrzałym zapachem kapusty i marchwi. Nad polem chodziła mgła, świnie plątały się w niej jak w pajęczynie, uciekały, odganiały się, prychały na prawo i lewo. Od lasu na rowerze jechał Józek, co chwila podpierając się nogą, która ginęła w mokrej trawie, jakby szukała tam czegoś. Ledwo udało mu się zahamować tuż przy Zenku. – Piją jeszcze? – No – Józek odepchnął się z całej siły i pojechał do wsi. Świnie, znudzone czekaniem, porozłaziły się w kukurydzianym gąszczu.

Pili w stróżówce Świerszczyńskiego. Za trzecią córkę Zająca, który stał na peronie i wymachiwał lizakiem, wrzeszcząc na całe gardło. – Fiuuu – udawał dźwięk niby przejeżdżających pociągów i na pożegnanie podrzucał do góry czapkę. Stary Bogdan przysnął na stole, z głową w talerzu. Słońce wstawało powoli, leniwie budząc się z krótkiego letniego snu. Ciepłymi plamami obejmowało szyby i puste butelki po wódce. Właściwie wszystko, co szklane, poddawało się słońcu bez cienia sprzeciwu, pozwalając przepływać przez piaskową strukturę i bić blaskiem po oczach ile wlezie. Świerszczyński obudził Starego Bogdana. Kazał mu zejść z jedynego krzesła w stróżówce. Ten podniósł się z trudem i osuwając się po ścianie, usiadł na podłodze. Zdołał wlać w siebie jeszcze kieliszek wódki i skulił się w kącie pod oknem. – Szlag by trafił – mruknął do siebie. Ogarnął go ciężki sen. Niczego nie mógł sobie przypomnieć, nie tak jak Zając, po wielu latach odtwarzający każdy drobiazg, który z lizakiem w dłoni zapuścił się na pole kukurydzy. Zenek łaził bez celu za świniami, podpierając się leszczynowym kijem. – He, już koniec? – zarechotał do Zająca. – Co ty, Zenek, nie zaczęliśmy nawet. Świerszczyński stawiał wtedy krzesło na stół. Zarzucił linkę do wiązania worków z pocztą na belkę tuż pod sufitem. Zdjął buty i czapkę. Próbował zmówić pacierz, ale alkohol zbyt mocno szumiał mu w skroniach. Słyszał swój pot, który spływał po plecach gęstym strumieniem. Serce huczało pod koszulą. – Ojcze nasz... – niedokończona modlitwa nie dawała mu spokoju. – ... jest w niebie... Stary Bogdan zachrapał i przewrócił się na lewy bok. Świerszczyński myślał szybko. – Teraz albo już... Kątem oka zauważył słońce w oknie stróżówki. Usłyszał świst. – Ósma dwadzieścia do Miastka – objął rękami belkę, uniósł nogi i zepchnął krzesło ze stołu. Belka zachrypiała cicho, z sufitu poleciał tynk, a stary Bogdan przywarł oddechem do ściany.


Przed dziesiątą wszyscy wiedzieli. Zając wrócił do stróżówki, bo zaschło mu w gardle. Stanął w progu i zdawało mu się, że śpi, śni, majaczy. Nie krzyknął, otworzył tylko usta i wzrokiem próbował doprowadzić do równowagi, lekko jeszcze bujającego się, Świerszczyńskiego. Wrzasnął dopiero na schodach. Łapał powietrze z trudem, przytrzymywał się poręczy, bo stopnie uciekały mu spod butów. Zatrzymał się na chodniku po drugiej stronie ulicy. Zostawiał za sobą grupy ludzi, zastygłych w ciekawości przy płotach. Szedł za nim pomruk przerażenia, przyczajony na nogawkach spodni.




Na progu stróżówki było już zimno. Wieśka podkurczyła nogi. Leżał tam, w pokoju, na gołej podłodze. Na twarzy miał chustkę, ktoś włożył mu różaniec do ręki. Palce wyprostowane, prawie białe, a wschodzący księżyc prześwietlał je dodatkowo pustym, perłowym żarem. Ksiądz nie przychodził. Otworzyła usta, niepewna, czy ktoś ją jeszcze słyszy oprócz Boga. – Ty mnie chyba nigdy nie kochałeś. Jak przychodziłam w środku nocy z płaczem i mówiłam uspokój mnie, uspokój, śmiałeś się w oczy i koszulami, co je rano prasowałam, czyściłeś sobie buty. Mielone bez majeranku do śmieci, ciasto, takie dobre ciasto, w niedzielę świniom do koryta. Jak tylko Zenek zajrzał przez okno, zdzierałeś ze mnie bluzkę, Zenek widziałeś kiedy coś takiego? Zenek uciekał czerwony jak burak, a ty bluzkę wrzucałeś do ognia. Gdzie ja cię znalazłam, gdzie cię szukałam, po co? Gapiłam się na ciebie z krzaków, doiłeś krowy, ramiona chodziły równo jak w zegarku, góra, dół, dotykałam swojego biodra, myślałam jak to jest, jak łapałeś dziewczyny za uda, jak je kładłeś na ziemi za oborą, udeptywałeś trawę tylko, piach zdmuchiwałeś im z włosów, zgarniałeś kamienie pod głowę. Palce gryzłam do krwi. Mało ci było wszystkiego, wypłaty, wódki, zwykłej śmierci. No to masz, możesz się teraz śmiać, wygłupiłeś się jak mało kto. Wąski pasek słońca tuż nad świerkami oderwał się od drzew i zakłuł ją w oczy. Papa na poczekalni parowała szybko, całe ciepło oddając komarom i muchom, które, głupie, cicho przyklejały się do dachu. Gołębie stuliły skrzydła, chowając pod pióra zapach rozgrzanego powietrza. – Pamiętasz, jak twój stary wlał nam kiedyś na gołą dupę paskiem, jak w żniwa nie poszliśmy na pole, a cały dzień leżeliśmy w sianie? Odciskałeś mi ręce na plecach jak w ciepłej glinie, czasem jeszcze oglądam się w szybie, widzę palce na łopatce. Ile razy łapałeś mnie za włosy, jakbym chciała ci uciec, a nie uciekłabym nigdy, ile razy w stróżówce rozgryzałeś mi dolną wargę, ile razy smakowałam krew jak największe szczęście, ile razy kopałeś mnie w łydki, jak nie chciałam, żeby jakaś spała w naszym łóżku? 
Popatrzyła na ogród przy poczekalni. Dziki bez, co go można tylko obracać językiem, nie rozgryzać, bo zatruje, grzał jeszcze, owoce błyszczały jak zaklęte. Pod płotem stygły skłębione kępy traw, nabrzmiałe nasionami, wysuszone sierścią tarmoszących się psów. Ksiądz ledwo oderwał od ciała Wieśkę, która całowała zimny brzuch Świerczyńskiego, rozcierając włosami łzy, które kapały do blizny po wyrostku. 

Zenek pędził świnie zboczem pagórka, wymachując cienką wierzbową witką. Drozd wypuścił konie na łąkę i przypalił pierwszego papierosa. – Ładnie będzie – powiedział do najmniejszego ze źrebaków, który wyskubywał trawę spod jego butów. W topolach już błyskało srebrem.

wtorek, 10 lutego 2015

Jasny włos

Chociaż jestem mieszkańcem miasta, jednak szczerze kocham przyrodę — powiedział mrużąc oczy. — Zwłaszcza, gdy ją dopełnia postać dziewczęca, znajduję w tym coś turgieniewowskiego. Chodźmy do lasu*. Tak kusił Daszę flirciarz Siemion Siemionowycz. Las latem jest bowiem tym, co we flirciarzach wywołuje nieugaszoną chęć przygody, a świeże powietrze burzy krew, dotlenia pożądanie i nagłą potrzebę grzybobrania...

Co ty, co ty pamiętasz z lata?
Zdasz ten test, gdy pamiętasz wiatr nad łąką, który niesie liście, jeden długi jasny włos i szeleszczące torebki po czipsach. Gdy wciąż widzisz przed oczami muchy kąpiące się w kałuży i suszące sobie skrzydła w ciężkim upale tego jedynego gorącego dnia lipca. Gdy masz pod paznokciem piach znad rzeki i wciąż kopiesz dołek, by w nim schować skarby z jeziora, muszlę i gładki kamyk, które dziecko niczym diament złożyło ci na dłoni...


Tylko to warto pamiętać zimą. Gdy mrozu nie ma, gdy wszyscy za nim tęsknią, gdy Alpy za daleko, za oknem mało biało, gdy dość kremów z marchwi i naleśników. Gdy lekkie anegdoty nie wytrzymują szarości i nieustających roztopów. Ale kiedy przechodzę obok choinek wystawionych przy śmietniku i nagle dojdzie do mnie resztka zapachu igliwia i żywicy, wracam myślą do letniego lasu, w którym Siemionowycz emablował Daszę i to za lasem właśnie tęsknię coraz bardziej: Kiedy kobieta pozostaje sam na sam z mężczyzną, powstaje w niej naturalne pragnienie należenia do niego, w nim — owładnięcia jej ciałem — zakaszlawszy powiedział Siemion Siemionowycz. — Pragnę, żeby była pani uczciwa i szczera. Niech pani wejrzy w głąb samej siebie, a ujrzy pani, że obok przesądów i fałszu, płonie w pani pragnienie zdrowej zmysłowości*.

No właśnie, gdzie jest zimą nasza zmysłowość? Może i jest, może uśpiona jak niedźwiedź w gawrze, pod grubą warstwą tłuszczu i pewności, że wiosną krew zacznie buzować energią pożądania czegokolwiek. A co, jeśli wiosny nie będzie, jeśli zima się nie skończy? Nawet chłodne lato jest lepsze od zimy, która udaje, że jest. Zawsze wrażliwa na pory roku, zgodna z ich rytmem, mam potrzebę obudzić się już teraz i wypuścić liść.



Tyle, że jeden rzut oka za okno i:
znowu zima zawiesza lampy nad śmiechem 
o któż by tam patrzył na godzin połamanych stos 

i ulga:
szczęście ono zawsze było lotne i lekkie jak jasny włos*



...........................
* oba cytaty z książki Aleksego Tołstoja, Droga przez mękę. Tłum. Władysław Broniewski.
* z poematu Józefa Czechowicza, Hildur Baldur i czas.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Nuda

Co robisz, gdy się znudzisz śmiertelnie?
Sobą?
Życiem?
Mężczyzną?
Kobietą?

Gdy lata spędzone we własnym towarzystwie smakują już tylko jak przeżuta po tysiąckroć guma balonowa? Najpierw próbujesz przeczekać, krzesać resztki energii, potem leniwiejesz i szukasz podniety w otoczeniu. Może jakiś kurs — gotowania albo szycia, modnie to teraz umieć jedno i drugie.... Odkrywanie rejonów języka, do których nie trafił jeszcze smak nowej polskiej kuchni, z pewnością okaże się ożywcze... Może dobry, krótki flirt, taki mocny, by poczuć na nowo przykurzoną lekko atrakcyjność, zew przygody w żyłach obudzić, męskość, kobiecość poszturchać słowem-obietnicą. Jeśli będzie z tego romans, czemu nie, weźmiemy i to, chyba że się człowiek przestraszy albo zsumuje czyjeś łzy i własne emocjonalne wydatki i odpuści.

Można też zagrać. W teatr się pobawić. Przebierać się. Życia zmieniać jak suknie.

Była księżna*, której pewien znajomy fotograf zrobił siedemset fotografii. To poniżej chyba wszyscy widzieli kiedyś, choćby przelotem. To jest teatr w postaci czystej, dziecięce figle i flirt z obiektywem w jednym. Moment krzyżowania się kosmicznych energii. Filuterny uśmiech, schowany za książęcą powagą, zaproszenie do odkrycia, co jest pod maską...

Księżna pozowała w każdym możliwym stroju. Była stateczną matroną i uwodzicielką, tancerką, bezdomną i wielką damą. Arabską dziedziczką, Szeherezadą, wieśniaczką w winogronach i królową w diamentach. Przywdziała każdy strój lub zdjęła prawie wszystko. Jednego nie umiała tylko zdjąć — spojrzenia pełnego nudy i znużenia sobą. Nie dało się tego przykryć żadnym makijażem, tego rozwodnionego spojrzenia kogoś, kto ma wszystko i nie bardzo wie, co z tym zrobić. Kogoś, kto wszystko dostał, a rozgląda się, jakby tu jeszcze udowodnić swoje prawo do brania, co mu się nawinie. Choć przecież więcej już nie mogła mieć — bogactwo, wpływ na świat, królów u stóp, ptasie mleko.



Chyba jestem jedynie gałązką winogrona założonym za ucho księżnej.
Kwaśne i niedojrzałe jeszcze. Na pewno nie na pierwszym planie.
Nie znam mocy wina, jakie po mnie zostanie.
Domyślać się mogę jak wpływam na świadomość innych moim sokiem. Pogoda sprawia, że każdego dnia smakuję inaczej, dlatego każdego dnia warto mnie próbować do pierzchnięcia języka.
Zakładam, że nawet, gdy nuda zwala z nóg, a codzienność-przyziemność nie ekscytuje, zakładam, że jest co ze mnie pić co dnia i ci, co pili do tej pory, nadal będą. Postanowiłam trwać i nie gubić już nikogo po drodze.

Pić Elderberry wine*




.......................................
* Na zdjęciu Virginia Oldoini, księżna Castiglione. Zdjęcie z ok. 1856 roku, jedno z ponad 700, zrobione przez Pierre-Louis Piersona. Księżna Castiglione, była kurtyzaną Napoleona III i miała realny wpływ na politykę europejską swoich czasów.
* śpiewał Elton John.